W kosmicznym kręgu kręgów na Ziemi – część II

W kosmicznym kręgu kręgów na Ziemi – część II

Recenzja książki Trela Damian, Gniazda UFO. Mistyka, nauka i symbolizm kręgów zbożowych, Wydawnictwo Czas Tajemnic 2018

Coś krąży nad Polską

Damian Trela przytacza przypadki świadczące o tym, że kręgi w zbożach wszelkiej maści nie omijały już PRL-u. Ba! Nawet i Drugiej Rzeczypospolitej. Jednak tak na poważnie nasza ojczyzna zaczęła współtworzyć kręgową epopeję w 1998 roku ową tajemniczą figurą geometryczną z miejscowości Polanka w gminie Myślenice. Ten pierwiosnek kręgowej wiosny zastał polskie środowisko ufologiczne pogrążone w immanentnym kryzysie – tym razem w pewnym rozkroku. Zniechęceni brakiem przełomu i pogrążający się w nostalgii weterani złotej epoki spotkań lat 70. byli już bliscy ogłoszenia „końca UFO” (co faktycznie za niedługo obwieścili). Podchodzili do kręgów sceptycznie, niekiedy grubą kreską oddzielając je od zjawisk ich ciekawiących. Młodzi gniewni – z których rekrutuje się autor niniejszej publikacji – miewali niekiedy więcej zapału i wyobraźni niż uwagi czy dbałości o konkret, np. owiany pewną sławą niejaki Robert Leśniakiewicz.

Ów to w artykule o zachęcającym tytule Czy NNOLE wytwarzają kręgi zbożowe? zamieszczonym w kwartalniku „Czas UFO” – podówczas zakradającym się do kiosków – wyczytał z kształtu kręgu ostrzeżenie przed upadkiem sowieckiej stacji orbitalnej MIR na Kraków lub okolice. Ta odważna koncepcja nie doczekała się spełnienia. Skojarzyła za to temat kręgów ze swoistą „nową szkołą ufologii polskiej”, przed którą rychło stanęły wyzwania rzucane przez kolejne kręgi: w Pigży, Kielanówce, Nosówce, Jurgowej i wreszcie w 2002 roku w miejscowości Młyny, już o rzut kamieniem od Wylatowa.

Robert Bernatowicz - jak wiele postaci potransformacyjnej Polski - mikstura blasków i cieni. Zapalony badacz, ścigający prawdę o dziwnych zjawiskach, w pośpiechu pościgu gubiący nieraz umiar, refleksję i namysł nad obiektem pościgu.

Już wówczas w trakcie ekscytującej pogoni za agrarnym fenomenem (w której brał udział również Trela) wypłynął Robert Bernatowicz – postać później kontrowersyjnie związana z wylatowskimi czatami na kręgi. Doświadczono także anomalii i potwierdzono obserwacje koleżanek i kolegów ze skołowanej Wielkiej Brytanii; formacje miały niewyjaśniony wpływ na urządzenia i ludzi. Rozpoczęto pierwsze próby badań mogących powiedzieć cokolwiek o naturze zjawiska kreślącego kręgi. Rozważano również strategie prewencji: przygotowania się na jego wystąpienie, zarejestrowanie go i zbadanie w trakcie artystycznego aktu. Przydałoby się jednak jakieś konkretne pole badań – możliwie jak najmniejsze ze względu na skromne możliwości ojczystych zapaleńców – by spróbować zapolować na prawdziwego, nieludzkiego kręgotwórcę za pomocą nowoczesnej technologii i niezachwianego entuzjazmu. Zgodnie zaś z zasadą upodobania sobie Wszechświata do nieprawdopodobieństwa takie pole badań się objawiło.

Odlotowe przylatowo w Wylatowie

 

Kręgotwórcza siła zakradła się pod osłoną nocy do maleńkiego i nikomu nieznanego Wylatowa w roku 2000, biorąc sobie za płótno pola rodzin Filipczaków i Sucholasów. Wzbudziła zachwyt i kręcenie głowami, a potem wróciła w 2001 roku, kiedy to zjawiły się cichaczem i kręgi „autentyczne”, i znaki antropogeniczne. Do strumienia ciekawskich ciągnących w ślad za coraz głośniejszą tajemnicą dołączyli specjaliści w dziedzinach nie uznawanych przez naukę, jak np. radiesteci z różdżkami dowodzącymi dziwnego rezonansu ich sztuki z tą zbożową. Szum wzbierał, a z nim nadzieja na przyszłoroczny powrót sprawcy zamieszania, z której to utkano plan na „Operację Wylatowo” – czerpiącą z doświadczeń brytyjskich próbę zasadzenia się na nieuchwytnego artystę w jego warsztacie.

Zlecieli się do Wylatowa! Lotna brygada kręgowa to pewnie istny tygiel osobowości, ich relacji i anegdot o łowach na tajemnicę. Niestety Autor skąpi "towarzyskiego zaplecza" buszowania w zbożach

Nadzieja nie okazała się płonna, latem 2002 roku zaroiło się od formacji zbożowych i obserwacji UFO, niektórych bardzo interesujących. Po raz pierwszy też na gruncie polskim zetknięto się z charakterystyczną cechą innych epicentrów zjawisk paranormalnych – istoty na nich grasujące skutecznie unikają zastawianych na nie pułapek, nie stroniąc od aktywności zdającej się drwić z jej badaczy.

Kolejny rok przyniósł kolejne znaki i zagadki, a także wzrost aktywności rodzimych kręgorców, którzy nie przynieśli naszemu kraju wstydu, jeśli idzie o koncepcję i jakość wykonania. Wydarzeniem szczytowym sezonu było przemknięcie przez Wylatowo niczym BOL szefowej amerykańskiej grupy badawczej agro-aktywności paranormalnej Nancy Talbott. Jej gościnny występ zamiast w czymkolwiek pomóc, raczej jeszcze zamieszał. Miało to jednak znaczenie tylko dla ogólnopolskiej sensacji, jaką Wylatowo pozostawało, zaś dla badań zjawiska za kulisami dojrzewał konkretny przełom. Na wylatowską scenę miał wstąpić naukowiec ze sprzętem mogącym realnie zebrać miarodajne dane – nadchodził sezon „czujników UFO”.

Westernizacja! Obecność zachodniej gwiazdy (jakiegokolwiek rodzaju) w postPRLu zawsze przykuwała uwagę choć na chwilkę, nie pomagała jednak łowcom siły kręgowej.

Okołowylatowskie okoliczności

Trudno nie zwrócić uwagi i nie odnieść się z pewnym podziwem do faktu, że na początku naszego wieku rozwijały się na świecie dwie inicjatywy mające na celu przy pomocy sprzętu i pomysłu uchwycić nieuchwytne na względnie małych obszarach pulsujących iluzorycznymi zjawiskami. Jednym było słynne Ranczo Skinwalkera w stanie Utah w USA, na którym różnorodne ustrojstwa do chwytania obrazów, fal, czegokolwiek instalowała zwarta grupka fachowców wspierana przez miliardera (dziś jeszcze bogatszego Roberta Bigelowa). Drugim było nasze czasem popadające w egzaltację, czasem w komizm Wylatowo, gdzie bez miliardera (nawet w złotych) w szeregi zapaleńców tropiących poszerzony kosmos latarkami i amatorskimi kamerami wkroczył naukowiec. Jeden tylko, ale za to z garściami „czujników UFO”.

Podczas "Operacji Wylatowo" posiłkowano się zaawansowanym sprzętem.

Pod tą komiczną, ale medialną nazwą krył się zupełnie sensowny sprzęt. Dr Jan Szymański – zawodowo pracownik naukowy, prywatnie entuzjasta różnych, często mocno podejrzanych dziedzin – po solidnym przekopaniu tematu zaproponował zaklajstrowane na fest światłoczułe pudełko. Zawierające wszystko, co na szereg różnych anomalii mogło zareagować w razie ich wystąpienia: zwój błony fotograficznej, skrawek fotograficznego papieru, błonę fotograficzną owiniętą folią aluminiową, substancję chemiczną, a jako wisienkę na torcie: maleńką neonówkę z dołączoną antenką i uziemieniem. Tak przygotowane UFO-pułapki zasiano chyłkiem w filipczakowym polu, oczekując na „coś”. I nie zawiodły, podobnie jak zakręcone zjawisko. Mnogość efektów uchwyconych na różnego rodzaju czujnikowych „papierkach lakmusowych” mogła przyprawić o kręćka. Wprawdzie nie dawała odpowiedzi na pytanie o to, co się w bliskości czujników działo, ale bezwzględnie udowadniała, że coś wystąpiło – zaburzenie nieznanego pochodzenia i charakteru.

 

Nie tylko czujki ziemne Szymańskiego sygnalizowały, że dzieje się coś nietypowego. Wśród licznych ekscesów warto wyróżnić wykrywanie sygnałów radiowych o nieznanym źródle, na wykresie komputerowym korespondujących z obserwacją przelotów kul świetlnych. A także zanik łączności internetowej. Pomiar naturalnego tła promieniowania kosmicznego bez ostrzeżenia robił sobie wolne, co – upraszczając – nie powinno być w ogóle możliwe w naszej czasoprzestrzeni. W osłupienie wprawiały odczyty z mierników promieniowania i akcelometru: słowem istna feeria odczytów niemożliwych lub bezsensownych. Jakby wysyp zbożowych dzieł sztuki dawał znać, że poza sferą ludzkich zmysłów dzieje się tu niemało, może więcej niż potrafi wyczaić jakikolwiek czujnik.

Dr Szymański prezentuje wyniki badań

Dla badaczy o nastawieniu duchowym było to tylko potwierdzenie ich wrażeń z obcowania z różnie postrzeganą, ale namacalną, siłą operującą z dala od „szkiełka i oka”, a mającą własne zasady i plany. Takie jak nagłe zabranie metafizycznych zabawek i pójście sobie któregoś dnia z powrotem dokądkolwiek, pozostawiając uczestników „Operacji wylatowskiej” z poczuciem pewnych osiągnięć. Lecz czy na pewno tylko z nim?

Dla badaczy o nastawieniu duchowym było to tylko potwierdzenie ich wrażeń z obcowania z różnie postrzeganą, ale namacalną, siłą operującą z dala od „szkiełka i oka”, a mającą własne zasady i plany. Takie jak nagłe zabranie metafizycznych zabawek i pójście sobie któregoś dnia z powrotem dokądkolwiek, pozostawiając uczestników „Operacji wylatowskiej” z poczuciem pewnych osiągnięć. Lecz czy na pewno tylko z nim?

Fortuna pergit atque (Fortuna kołem się toczy)

Podsumowując część historyczną Gniazd UFO Damiana Treli, warto podkreślić znakomity, syntetyczny styl. Książka jest kopalnią wiedzy, którą nie tylko ułożono w chronologicznym porządku, ale i skomentowano w sposób krytyczny i zdystansowany. To publicystyka najwyższej klasy mogąca spokojnie towarzyszyć najlepszym piórom świata anglosaskiego, z Leslie Kean na czele.

Brakuje, z powodów chyba zrozumiałych, szeroko pojętej „reszty świata”. Perspektywa natężenia i charakteru kręgowego karnawału w innych od Wielkiej Brytanii (z jej wylatowską filią) częściach globu mogłoby uzupełnić obraz fenomenu, który jak wszystkie chyba elementy poszerzonego kosmosu nie dyskryminował żadnej strefy geograficznej, a jeśli tak, warto by się zastanowić, dlaczego tak było/mogło być. Z drugiej strony selekcja dwóch reprezentatywnych do zjawiska krain chroni przed zagubieniem się w nawale materiału, jest przemyślana i klarownie kreśli ramy narracyjne.

Trudno też nie zadumać się nad brakiem swoistej ludzkiej sfery wylatowskiej przygody, która bez wchodzenia w szczegóły bywała gorąca jak lata podczas „Operacji”. Zdarzały się różne przepychanki, tarcia, spory i swary czasem zupełnie odległe od tematu. Anegdotka o „zagranicznej gwieździe”, która jak bolid szybciuśko przemknęła przez Wylatowo, nie przyćmi przykrego faktu, że wszelkie dziedziny badawcze są postrzegane przez pryzmat ludzi, którzy się nimi zajmują. Jeśli te zachowania są kompromitujące, nietrudno o kompromitację dziedziny.

"Przygoda wylatowska" to wszak coś więcej niż oczy przyklejone do lornetek.

Możliwe, że Autor, który sam był uczestnikiem wielu związanych z kręgami wydarzeń, litościwie podchodzi do nietuzinkowych przecież charakterów pionierów, którzy zamiast szydzić z pozycji kanapy, ruszają z latarką i aparatem w nocne pole polować na intruzję. Możliwe też, że osobiste i często „mało inspirujące” wylatowskie przepychanki niepotrzebnie odciągałyby uwagę od fenomenu. Nie zmienia to faktu, że na tle bogatego w „czynnik ludzki” opisu brytyjskiej epopei, wylatowska operacja aż prosi się o jakieś „pikantne szczegóły”, bez których uczestnicy tej fascynującej kampanii wydają się zupełnie bladzi, wręcz przezroczyści.

Oba te braki nie zmieniają oceny – część historyczna Gniazd UFO to kompendium wiedzy kręgowej i wciągająca lektura. Drugiej część pozycji – analitycznie przedstawiającej koncepcje dotyczące tematu – nie da się już tak jednoznacznie ocenić.

 

W przyszłym tygodniu krąg się domknie 😉

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Scroll to Top
Przewiń do góry