Copyright by Sky News

UFO a wojna

Si deus (ex machina) cum nobis
Serpens (ex inferno) contra nos

Wojna jest jednym z najstraszliwszych zbiorowych doświadczeń, jakie od początku kultury prześladuje nasz gatunek. Niezależnie od tego, czy dotyka dowódców, władców, przywódców religijnych, żołnierzy czy cywili. Wywraca znaną codzienność i jest zgubą dla poczucia bezpieczeństwa. Odbiera możliwość ochrony siebie oraz bliskich. Zmusza do egzystencjalnych przewartościowań, czasem świadomych, czasem podświadomych i wypala piętno na duszy wszystkich, których porwała w swój bezduszny (skądinąd) wir.

Nic dziwnego, że od zawsze ludzie próbują znaleźć w niej sens ukryty poza hasłami zdobywców i historycznymi racjami. Znaczenie głębsze od bólu, straty i pustki, w które wojna przepoczwarza bogatą rzeczywistość. Nierzadko w odpowiedzi na niemoc znalezienia owego sensu w zrozumiałych i widzialnych zjawiskach, dopatruje się go w mglistych fenomenach specjalnie zatajanych lub ukrytych jeszcze głębiej – poza granicą konwencjonalnej wiedzy. Czyli tam, gdzie „mieszkają” obcy.

Rydwany bogów (starożytność)

Cobyright by media.britishmuseum.org

Antyk obfitował w wojny. Były one źródłem dla pomników i epitafiów tworzonych w kamieniu i słowie dla dowódców i władców. Do czasów mitologicznych dekonstruktywistów greckich i rzymskich pozostawały najczęściej domeną antropomorficznych bogów. Niebiańscy włodarze losów narodów od Indusu, przez region Eufratu i Tygrysu, po Nil wysyłali swych ziemskich wyznawców, by ginęli i zabijali w imię ich świętych i tajemnych przedsięwzięć.

XX-wieczne reinterpretacje mitów i tekstów religijnych z tej owianej tajemnicą epoki utożsamiały tajemnicze bóstwa z przybyszami z kosmosu. A jako że więcej wiadomo o tych pierwszych niż o drugich, od razu przyznano tym drugim wojowniczą naturę. Podobnie jak zagadkowemu IHVH, który przedzierzgnął naród przegranych niewolników w zwycięskich zdobywców, dla których podbój Kanaanu był miarą przychylności owego (w ujęciu zwolenników teorii paleokontaktu: kosmicznego) bóstwa, czasem wspierającego wysiłki militarne tajemniczym uzbrojeniem.

Niemniej oddziałujące na wyobraźnie są starożytne opisy niszczenia jednym uderzeniem całych miast, które dzisiejszej osobie muszą się kojarzyć z technologicznym terrorem z powietrza (ówczesnej boskiej domenie) wraz z najskuteczniejszym z nich: atakiem atomowym. XX wiek i los Hiroszimy i Nagasaki kazał nam inaczej spojrzeć na Sodomę i Gomorę. Ludobójstwo wymierzone osądem zimnym i nieodwołalnym przestało być boskim przymiotem, choć kultura – wydaje się – wolałaby by nim pozostała. Pilot bombowca, który wymierzył pierwszy cios ognistym mieczem wykutym w atomowej kuźni Los Alamos do końca życia chwalił się spokojnym snem niezmąconym wyrzutami sumienia.

Deus vult (średniowiecze)

Obraz: Theodor Boeyermans, The Emperor Constantine's vision of the Cross before the battle of the Milvian Bridge

Cyniczne i praktyczne podejście do spraw militarnych cywilizacji grecko-rzymskiej – upraszczając – przemieniło się wraz z rozkwitem kultury chrześcijańskiej. Znak krzyża nad Mostem Mulwijskim, który rozpoczął chrystianizację Imperium Rzymskiego, był sygnałem o charakterze militarnym mówiącym o wsparciu jednego z walczących kandydatów do cesarskiego tronu. Kolejny raz tajemnicza siła z nieba postanowiła zainterweniować, by zrealizować swój sekretny i dalekosiężny zamysł wymykający się Ziemianom, nie po raz pierwszy też obejmujący ich transformację światopoglądową.

Wojna i walka – smutna konieczność ziemskiej egzystencji – musiała zostać sprzęgnięta ze sferą boską, czego wyrazem stały się rożnego rodzaju operacje militarne usprawiedliwiane nakazem boskich sił (tak w chrześcijaństwie, jak i w islamie etc.). Najczęściej o powodzeniu przedsięwzięcia decydowała przychylność siły nieziemskiej. Zatem klęska w obliczu zawierzenia bożej opiece wywoływała kryzys filozoficzny, jak się stało w przypadku kompromitacji idei krucjatowej. Tymczasem tajemnicze istoty nie interweniowały już z pełnym przepychem eterycznych okrętów, zaczęły kryć się w cieniu.

Secret Commonwealth

Obraz: August Malmström, Dancing Fairies

W kolejnych stuleciach odciągających ogólną uwagę społeczeństw od folkloru i metafizyki do empirycznego stylu myślenia i postrzegania ludzkiej konstrukcji psychologicznej istoty z dawnych mitologii znalazły swoją niszę, dosłownie rozpływając się w powietrzu. Słynna praca The Secret Commonwealth of Elves, Fauns and Fairies z coraz bardziej zwalczającego zabobon (także w Kościele) XVII wieku autorstwa pastora Roberta Kirka, badającego podania ze szkockich gór na temat tamtejszych „elfów” wyznacza trendy obecne w UFO-folklorze po dziś dzień. Potężne i niedosięgłe istoty oddały nam Ziemię, same zamieszkują międzystrefę na pograniczu naszej materialnej rzeczywistości i świata duchowego. Potrafią się zmieniać w nas, wpływać na nas, dokonując czynów szlachetnych lub szkodliwych.

Spirytyzm i pokrewne mu fascynacje alternatywną wiedzą przełomu XIX i XX wieku opisywały wpływ potężnych ras na ludzkość w sposób podobny – np. mistycznym oddziaływaniem na dusze. Czarni magowie dysponujący dziwnymi mocami/technologiami zostali obwinieni przez „proroków” i „prorokinie” ówczesnej epoki za zagładę dawnych cywilizacji z Atlantydą na czele. Równolegle do tych przemyśleń postępowały odkrycia planet w Układzie Słonecznym i teoretyzowanie na temat planet pozasłonecznych i ich mieszkańców (którzy – jeśli podobni do nas – musieli przecież znać też konflikty).

Pierwsza wojna światowa skonfrontowała ten tygiel poglądów z rozdzierającym faktem – osoba i jej dzielność w nowoczesnej wojnie straciła cały swój bohaterski i wojowniczy potencjał, zmieniając się w paliwo dla potwornych machin i wynalazków zadających sobie ciosy gigantycznymi eksplozjami o boskim wymiarze. Wobec gazów bojowych spod Ypres ludzka odwaga znaczyła mniej niż nic. Obawa, że „ktoś” nas wyprzedził w technologii wojennej przybrała na sile i znalazła ujście w zbiorowej wyobraźni. Na ziemię przybyli Marsjanie w swoich wspaniałych trójnogach.

Wojna światów

 

Atak Marsjan spuszczonych ze smyczy imaginacji genialnych Wellsów skupił wyobraźnię ludzkości dotyczącą pierwszego kontaktu z inną rasą z kosmosu tak skutecznie, że jest tak samo aktualny dziś jak był w przeddzień drugiej wojny światowej. Sam globalny konflikt i przeniesienie się rozstrzygającego pola bitwy na ziemskie niebo uwiecznił ten stan. Lśniące machiny wyparowujące miasta nuklearnym wyrokiem stały się memento kierującym uwagę na niebo, po którym przemykały „przechwycone” przez ludzi rydwany bogów.

Nic dziwnego, że w zasadzie od razu kosmici „wkroczyli” na scenę ludzkiej wyobraźni niczym zaniepokojeni pacyfiści pragnący ocalić nas samych przed naszą barbarzyńską naturą. Problemem zdawał się fakt, że nasze włochate łapy odrzuciły zaostrzone kije i chwyciły za moc napędzającą gwiazdy, nie zmieniając jednak włochatego sposobu myślenia.

Mimo niekończącej się mantry samoprzekonywania, że „ludzkość się nauczyła na błędach” obecna tragedia Ukrainy pokazuje, że wystarczy, by nasze najgorsze koszmary wyroiły się w umysłach nielicznej grupy jednostek umocowanych w strategicznym punkcie tkanki społecznej, a wojna i rzeź wracają chyżo z kart historii, by rozszarpywać codzienność.

Nie jest też zaskoczeniem, że chcieliśmy i wciąż będziemy chcieć upatrywać morderczego wroga w stworach innych od przypominających nas wyglądem. Współczesna wojna maszyn to ułatwia. Walcząc z czołgiem lub śmigłowcem, uczestniczy się w starciu z technologicznym potworem, w którym trudno – oczami wyobraźni – zobaczyć załogę. Podobnie trójnogi, spodki, gigantyczne niszczyciele miast z filmu Dzień niepodległości (co ciekawe atakujące państwo, które niszczyło miasta przeciwnika pozbawionego niszczycieli miast) są symbolami technologicznego terroru.

Atakujący kosmici mają prawie zawsze strukturę intelektualną roju. Są totalitarną masą podporządkowaną bezwolnie zaborczym pragnieniom jakiejś jednostki przywódczej. Trudno ich posądzać o obawy, tęsknotę za domem, refleksję, litość, współczucie dla bezbronnych ofiar, kwestionowanie słuszności rozkazów.

Gwiezdne wojny

Lata 60-te XX wieku przeniosły wojnę w kosmos – tak na płaszczyźnie politycznej, jak i pop-kulturowej. Po pierwszej wyprawie na Księżyc w kosmiczne wojaże ruszył cały tłum bohaterów z Lukiem Skywalkerem, księżniczką Leią i Hanem Solo na czele w swojskim gruchocie Sokole Millenium. W ślad za nimi ruszył inny aktor – Ronald Reagan wzywający świat do pokoju w obliczu możliwej inwazji z kosmosu. Jego wezwanie przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego – zamiast podnieść ducha integracjonizmu wzmocniło poczucie nieufności symbolizowane przez pytanie: co rządzący wiedzą? I jeszcze trafniejsze: czego nam nie mówią?

Przekonanie, że za propagandą rządów i potężnych konsorcjów stoją niedostępne maluczkim cele i pragnienia, nie jest niczym nowym i ma swoje podstawy w zweryfikowanych faktach. XX wiek splótł je jednak z fobią Watergate-WTC – myśleniem „ławowym”: wszystko, co nam mówią, to zasłona dymna i operacja fałszywej flagi. Bardzo żyzna jest gleba amerykańskiej kultury dla teorii spiskowej, która była karmiona obficie ujawnieniem autentycznych kłamstw dotyczących m.in. wojny w Wietnamie, Iraku, licznych afer związanych z amerykańską klasą polityczną.

Obce wywiady nie pozostały obojętne lub nieczułe na ten fenomen i zaczęły nim skutecznie sterować, dobierając kierunki nieufności zgodne ze swoimi agendami: „Hillary Clinton jest jaszczurem z kosmosu”, „Joe Biden jest z rodu pedofilskiego”. Wojna cybernetyczna to jednak obosieczny miecz i wiele teorii samodzielnie rozrastających się w przyjaznym środowisku cyfrowym znalazło ujście w dziwacznych efektach, takich jak szarża wyznawców spisków na amerykański Kapitol z kultowym człowiekiem-bizonem na czele. Wszystko to jednak ludzkie sprawki, których rozmach i groza bledną przy postępkach prawdziwych marionetkarzy, w których niejeden chciałby zobaczyć obcych z kosmosu.

Copyright by www.umnews.org


Ciąg dalszy już za tydzień

Leave a Comment

Przewiń do góry