ROSWELL. CO UDAŁO SIĘ USTALIĆ, CO WYKLUCZYĆ, A O CZYM WOLELIBYŚMY ZAPOMNIEĆ… – CZĘŚĆ III

Czyszczenie pamięci Willa Smitha

 

Druga katastrofa Jima Ragsdale’a

Najbardziej popularny wizerunek rozbicia się pozaziemskiego rydwanu przedstawia zniszczony spodek zaryty w pustynię i rozrzucone wokół małe ciała gwiezdnych podróżników, na które natyka się swojak w dżinsach i kraciastej koszuli, drapiący z zakłopotania czuprynę spod zdjętego kowbojskiego kapelusza. W przypadku Roswell taki moment nie ma odzwierciedlenia w konkretnej relacji, jest za to tematem licznych niepoważnych. Rzekomym znalazcą wraku ma być prawdziwy rustykalny twardziel – Jim Ragsdale – który podczas upadku UFO akurat spędzał miło czas z kolejnym swym miłosnym podbojem w swoim zawadiackim wozie. Po eksplozji związanej z uderzeniem podczołgał się na miejsce, gdzie zastał już wojsko zgarniające co się da. Jeden z militarystów nawet wyrwał zapłakanej istotce skrzynkę, którą tuliła do piersi, i przywalił jej w gruszkowatą pałę. Historia nieustraszonego Jima wielokrotnie się przemieniała – tajemniczo dopasowując się do nowych odkryć co do chronologii przebiegu kilku roswelliańskich dni lipca 1947, by w końcu całkiem z niej wypaść. Nie zniechęciło to jednak zupełnie najbardziej zatwardziałych zwolenników Jima i zaowocowało wreszcie swoistą schizmą, w ramach której znalezisko Jima zostało ogłoszone miejscem katastrofy innego pojazdu niż ten z bardziej wiarygodnych punktów. Nowe credo ufnych Jimowi zostało m.in. zilustrowane na koszulkach dostępnych w Roswell.

Liczne publikacje powielały wersję Jima, zapowiadając "nagą" prawdę o katastrofie z Roswell. Możliwe, że sam Jim był nagi podczas, gdy miał zostać zaskoczony przez wyimaginowany spadający spodek.

Trzecia katastrofa Geralda Andersona

Podczas gdy bujdy Jima Ragsdale’a o znalezieniu oblężonego przez U.S. Army statku obciążały przypadek z Nowego Meksyku od początku, „nowy świadek” wypłynął w latach 90. – w samym szczycie światowego zainteresowania się wydarzeniem, gdy zdawało się, że każdy dzień przynosił nowe, sensacyjne dowody. Ów sympatyczny Gerald Anderson zwierzył się jednemu z najbardziej uznanych podówczas i dziś ufologów ze swej wycieczki na równinę San Augustin (nowa lokalizacja!), gdzie znaleźli rozbity pojazd i jego zmaltretowaną załogę. Szybko nadjechało wojsko i położyło łapę na wszystkim, wyganiając też grupkę studentów archeologii ze znanym profesorem na czele. Kłamstwa Andersona wprowadziły nowy impet w zamieszanie, które wyniknęło z konwulsyjnego odkrywania nieprawdziwości kolejnych relacji i „dowodów”, pogłębionego przez ich krótszą lub dłuższą obronę przez niektórych badaczy – wbrew logice – przywiązanych do własnych odkryć i nadziei na przełom. Kiedy ostatecznie orędownicy Geralda przestali dokonywać intelektualnych hołubców, starając się łatać jego coraz dziwniejsze twierdzenia, nowy mętlik został obnażony. Sympatyczny nowy świadek mieszał swoje autentyczne wspomnienia z roswelliańską fikcją. Na przykład profesor przegnany z miejsca katastrofy UFO okazał się wykładowcą zajęć, na które Gerald lata wcześniej uczęszczał. Udało się go odnaleźć i ochotnie uczestniczył w śledztwie wyjaśniającym, jakim sposobem jego dawny student połączył go z pozaziemskim wrakiem. Po tych odkryciach nawet najbardziej niezłomni obrońcy katastrofy z San Augustin machnęli na Andersona ręką. Jego „wkład” w przypadek Roswell po dziś dzień jest odczyniany.

Taśma wideo z wyznaniem świadka szokujących zdarzeń zdobyła pewną popularność
Najgorsze było podżyrowanie jego opowieści przez znakomitego ufologa Stantona Friedmana. Później przeprosił

Czwarta katastrofa Barney’a Barnetta

Jeżeli blagi o znalezieniu rozbitych statków kosmicznych Jima Ragsdale’a i Geralda Andersona mają wyraźne i przekonujące cechy megalomanii i fantazjowania, z relacją Grady’ego L. „Barney’a” Barnetta po prostu nie wiadomo co zrobić. Nie udało się jej udowodnić zmyślonych elementów, nie przechodziła spektakularnych metamorfoz, dostosowując się do aktualnego paradygmatu ufologicznego, ani jej autor nie gonił za sławą i chwałą. Według Barnetta po prostu – nie mniej ni więcej – odnalazł on na pustyni wrak UFO i szybko opuścił miejsce rozbicia, by po wielu latach wspomnieć o tym bliskim, za pośrednictwem których jego wyznanie dotarło do badaczy.

Podstawowym problemem z jego odkryciem są jego ramy czasowe. Otóż według ustalonej marszruty „Barney’a” miałby on szansę natknąć się na cokolwiek w interesujących nas okolicach co najmniej na tydzień przed ustalonym prawdopodobnym momentem katastrofy. Pomijając fantazjowanie, że była to „jeszcze jedna” katastrofa (co by sugerowało, że nad Nowym Meksykiem zawiodła cała flotylla spodków), niewiele więcej da się o tym doniesieniu powiedzieć i chyba niewiele więcej da się obecnie ustalić.

Czy Barney coś widział? Być może

Znikająca pielęgniarka

Siostra oddziałowa znikająca ze szpitala w Roswell – osławiona „Naomi Self” jest bezcielesnym ucieleśnieniem koszmaru badaczy UFO-przypadków. Wiecznym memento, że w każdej puli populacyjnej donoszącej o wspólnym uczestnictwie w dziwnym wydarzeniu muszą zjawić się jednostki skłonne przyznawać sobie większą rolę, której źródłem jest mieszanka zasłyszanych pogłosek i wyobraźnia. Takimże Roswellianinem jest bez wątpienia Glenn Dennis – w feralnych dniach pracownik domu pogrzebowego Ballarda w Roswell.

Czegóż to on nie raportował! Po pierwsze miał odbierać telefony z bazy z dziwnymi pytaniami dotyczącymi małych trumienek – wg niego w związku z małymi ciałami, wg bazowców w związku z przemytem alkoholu. Miał udzielać informacji dotyczących konserwacji ciał wystawionych na warunki pustynne. No i last but unfortunately not least znał świadka! Obecną przy oglądzie ciałek kosmitów pielęgniarkę (Naomi Self), która tuż po spotkaniu z nim zniknęła. Miał być też poturbowany i nędznie potraktowany przez dwóch oficerów z bazy – jednego ryżego, drugiego afroamerykanina, których to postaci pojawiły się w szeregach roswelliańskich zbrojnych dopiero wiele lat po relacjonowanych wydarzeniach.

Glenn Dennis przekonująco gestykuluje, jednak kłamie

Lata zajęło badaczom uzyskanie od Dennisa imienia i nazwiska znikniętej pielęgniarki. A kolejne, które zmitrężone zostały na jej poszukiwaniach, przyniosły potwierdzenie jej mitycznego charakteru – miła Naomi Self przyjaźniła się z pracownikiem zakładu pogrzebowego jeno w jego wybujałej wyobraźni. I tak wątpliwości co do prawdomówności jednego świadka położyły się cieniem na prawdopodobieństwie całej historii. Post factum kusi jednak wniosek, że obecność przesady i konfabulacji w morzu spójnych i uzupełniających się relacji na jakiś temat może w istocie podnosić jego wartość.

Szkice ciała istoty wykonane na podstawie relacji fikcyjnej uczestniczki badania. Nijak się mają do wyglądu ciała z nagrania sekcji kosmity, też fikcyjnej

Przemiana świata pułkownika Corso

W latach 90. wydawała się nie mieć końca scena roswelliańskiego dramatu, na którą wkraczali wciąż to nowi aktorzy – niestety niektórzy z komediowym zacięciem. Philip J. Corso, który dochrapał się stopnia podpułkownika, jako uśmiechnięty starzyk wystąpił z nową „bombą” o nowo meksykańskim rodowodzie. Nie tylko z poligonów tego stanu dziwów wywiódł nowoczesną technologię atomową, ale z jego pastwisk wyprowadził całą ludzką technologię. W jego bigger than life książce The Day after Roswell (Dzień po Roswell) perorował jakoby wszystkie kluczowe dla współczesnej techniki przełomowe odkrycia zostały dokonane na bazie analizy i kopiowania kawałeczków folii z obcego pojazdu rozkwaszonego pod miasteczkiem o fundamentalnym dla homo sapiens znaczeniu. Zwłaszcza światłowody miałyby być odtworzonymi jakimiś rurkami, które ktoś z trawy przysmyczył. Więcej: pułkownik wspominał, jak sam zerknął jako młokos do jednej ze skrzyń z Roswell i wewnątrz odkrył UFO-trupka. Później zaś harował przy podrzucaniu najtęższym umysłom kraju roswelliańskich okruchów teorii, z których wywiedli oni swoje wynalazki, nawet się nie zorientowawszy, że tylko imitują bardziej zaawansowanych kosmicznych pociotków.

Nobliwy starszy pan przekonywał czarującym stylem bycia

 

Historia pułkownika cieszy się po dziś dzień popularnością i jakieś ziarna jakiejś prawdy mogą w niej tkwić. Ale jakie? Nawet tak przekonujący przeciwnicy koncentrowania się w badaniu UFO na pogoni za fizycznymi ich przejawami jak nestor ufologii Jacques Valee zastanawiają się, czy katastrofa pojazdu kosmicznego nie może być kolejnym „scenariuszem” obcych. W zrozumiały dla aktualnego poziomu Ziemian (wszak i nasze wehikuły latające ulegają wypadkom) dają nam do zrozumienia, że kosmos jest poszerzony. Inspirują, zmuszają do przełamania schematów myślowych, być może przygotowując na jakąś szerszą formę kontaktu, a może realizując swój sprawdzony przez eony powolny proces transformacji świadomości. W ten sposób temat wystąpienia pułkownika wydaje się zrozumiały – wpływ katastrofy na naszą świadomość jest trwały, historia o Roswell wprowadziła archetypiczne figury i zachowania, których duchy nie blakną z upływem dekad, wciąż są obecne i wpływają na nasze rozumowanie.

Dziń po Roswell trwa w księgarniach już ponad dwie dekady

Jednak twierdzenia dotyczące inżynierii wstecznej, która miałaby być wyjaśnieniem wszelkiej technologicznej innowacyjności, nie wytrzymuje krytyki. Zwłaszcza osób zaznajomionych z europejskimi osiągnięciami lat 30. i 40. Niezależnie od tego, czy pułkownik miał w Pentagonie grubą fuchę, czy nie, losy odkryć, które przypisuje kosmicznej kopiowance, da się prześledzić dzięki artykułom, raportom, dokumentacji firm, które ich dokonały (zazwyczaj były udziałem sektora prywatnego) i przede wszystkim dzięki ludziom, którzy najczęściej zespołowo latami głowili się, jak przełamać dotychczasową barierę technicznej niemożliwości i dotrzeć do kolejnego etapu.

Przypisywanie technologii stealth, noktowizorów, smartfonów i szeregu innych imponujących osiągnięć setek tysięcy osób z przestrzeni ponad pół wieku analizie błyszczących kawałeczków czegoś z pustkowia w Nowym Meksyku nie tylko wzbudzało emocje, ale wydaje się stać w zupełnej sprzeczności z teorią chaosu, która przypomina, że czasem na potężne skutki mają główny wpływ małe przyczyny, nierzadko przypadkowe.

Relacja pułkownika kusi połączeniem ulotnego świata UFO z naszymi ludzkimi wytworami technologicznymi. Jednak jest nieprawdopodobna

Sekcja kosmity

Nie bez powodu mówi się niekiedy o roswelliańskim ikonoklazmie, czyli apriorycznym odrzucaniu przez badaczy ze wstrętem obrazów mających mieć cokolwiek wspólnego ze słynną katastrofą. Takiej reakcji nie sposób się dziwić. W latach 90. zawrotną karierę w telewizji i na kasetach video robiła odkryta i rzekomo autentyczna rejestracja sekcji kosmitki – rozbitki z Nowego Meksyku. Jej historia jest tak zawiła i pełna zwrotów, że zasługiwałaby na osobny artykuł. Tymczasem wypada przypomnieć, że pokazywała ona w czerni i bieli kilka indywiduów w niby-medycznych łachach, krążących wokół stołu, na którym leżały zwłoki przypominające relacje o pozaziemskich humanoidach. Zgodny z opisami był ich brak owłosienia, przerośnięta głowa o czarnych oczach, maleńkim nosie i uszkach, czteropalce dłonie i stopy oraz brak widocznych narządów płciowych. W przeciwieństwie do nich stały rozchylone usta przypominające czarny otwór oraz wzdęty jak balon brzuch zwłok, w nodze których ziała też wyrwa nieznanego pochodzenia. W toku akcji filmu „medycy” rozcinali głowę „istoty” oraz jej klatkę piersiową, ujawniając pozornie odmienną od ludzkiej fizjonomię, zdjęli też biologiczne nakładki na oczy, odsłaniając poprzecinaną czymś na kształt delikatnych żyłek masę.

Hit czy kit?

Tajemnicze nagranie znalazł podrzucone hollywoodzki filmowiec i zadbał o wyciśnięcie z niego każdego centa, budując nastrój niedopowiedzeń i tajemnicy. Począwszy od niezgodnych z prawdą zapowiedzi co do zawartości filmu (miał na nim przez moment wystąpić obserwujący sekcję prezydent), a skończywszy na sprzecznych wyjaśnieniach, co niby postulowany święty Graal ufologii ma przedstawiać. Ostatecznie przyznano się do fałszerstwa i stosy literatury starającej się jakoś umiejscowić ten wymarzony „ostateczny dowód” w różnych szerszych kontekstach stał się pomnikiem ludzkiej pomysłowości i światotwórstwa.

Na pierwszy rzut oka postać poddawana oględzinom wydaje się bardziej ludzka niż kosmiczna, wydęty brzuch nie zgadza się z żadnymi opisami "kosmitów" żywych czy martwych
Obrażenia na nogach "istoty" sprawiają wrażenie jakby brała ona udział w wypadku (katastrofie pojazdu?)
Wnętrzności wyjęto, błonki z oczu usunięto, wątpliwości pozostały

Zdjęcia kosmity

Przygoda z sekcją kosmity nie była ostatnim akordem roswelliańskiego ikonoklazmu. Gdy przeminęła dekada z okładem od klapy feralnego filmiku, inny UFO-entuzjasta na drodze mailowej zaczął promować rzekome slajdy z ciałem kosmity z Roswell. Ich historia była niemniej bogata jak pamiętnego przeboju telewizyjnego. Wysyłany obrazek był jakąś kopią i choć jego posiadacz zapowiadał udostępnienie do badań oryginału, z różnych względów wciąż się od tego wymigiwał. I przez dłuższy czas w takiej czy innej formie w Internecie krążyły wersje jakości uniemożliwiającej weryfikację. Cierpliwość badaczy domagających się materiału dającego się zbadać wyczerpała się i w toku graficznej obróbki śmieciowej jakości dowodu udało się odczytać napis na bloku czy też stole, na którym leżakuje rzekome pozaziemskie ciało. Doczytano się, że jest to mumia zakonserwowanej przez pustynne warunki osoby pochodząca z początku XX wieku. Skonfrontowany z rewelacjami autor historii o slajdach kosmity zaczął kręcić. Ostatecznie jednak na moment pobudzająca nadzieje środowiska badaczy najnowsza sensacja (i chyba o największych gabarytach w XXI wieku) podzieliła losy sekcji kosmitki.

Celowe rozmycie zdjęcia pogłębiało jego tajemniczość
Patrz wyżej

Roswell przyszłości

Żaden inny przypadek nie stał się tak długotrwałym impulsem dla pokoleń Amerykanów, umacniając i rozpalając ich starania o odtajnienie zagarniętej i zachomikowanej za niewidzialną kurtyną rzekomej wiedzy o UFO. Może tylko sprawa Strefy 51 – jednak jest ona gałęzią tematu, którego Roswell stanowi korzenie. W historii o zbieraczach elastycznej folii na prerii po raz pierwszy centralnym punktem stał się topos utajnienia – które implikuje (a przynajmniej powinno) proces odwrotny, czyli odtajnienie. To hasło inspiruje do działań postaci egzopolityki o bardzo różnych przekonaniach. W 2022 roku jest o wiele bardziej żywe niż w latach 90. poprzedniego wieku. Dzięki wystąpieniom ludzi z wysokich szczebli waszyngtońskiej drabiny władzy wydaje się, że jakiegoś rodzaju odtajnienie jest realizowane. Pytania dotyczą jego sposobu oraz celu i są pochodną roswelliańskiej enigmy.

Przez 4 dekady ordynarne „wciskanie kitu” dociekliwym cywilom w sprawie rozbicia z Nowego Meksyku przez wojskowych maści dowolnej jest symboliczną zaporą pomiędzy kłamstwem a szczerością (cokolwiek mogłaby ona przynieść), łataną coraz mniej wiążącym klejem, wręcz gumą do żucia przez przedstawicieli grupy, która – jak się zdaje – ma jakiś interes w chybotliwym podtrzymywaniu jej za wszelką cenę. Czy zatem można przyjąć mający obecnie miejsce proces rządowego odtajnienia badań UFO, który jednocześnie stara się tenże zapalny punkt sporu jakby wymazać z mapy? Pojawienie się rzekomo oryginalnych, uświęconych rządową etykietką nagrań tajemniczych obiektów w przestrzeni publicznej nie bez powodu jest traktowane jako wyłom w murze. Bez podważania znaczenia tej szczeliny wzbudza pytanie, czy nie jest to kolejny balon wypuszczony przez kolejną generację typków o identycznej mentalności jak ci odpowiedzialni za życiowe dramaty rodzin z małego nowomeksykańskiego miasteczka?

Czy odtajnienie może mieć miejsce bez Roswell? Jakieś na pewno, ale czy przekonujące? W poskrzypującym zbiorniku na wodę na rozsypującym się ze starości ranczu w Nowym Meksyku wciąż czai się praźródło amerykańskiego mitu. Mitu o tajnym rządzie oderwanym od jakiejkolwiek kontroli, nawet niestarającym się wychodzić na przekór nieufności społeczeństwa i wydającym się być tak nietykalnym, że pozwala sobie na szydzenie z owego społeczeństwa. Z drugiej strony korci zadać pytanie, czy ten mit nie jest muletą – płachtą z korridy na poszukiwaczy wyjaśnień, karzącej im gonić za skutecznymi ekspertami, podczas gdy rozmemłani dyletanci mogli po prostu spakować magiczne materiały z Nowego Meksyku i upchnąć w skrytce na miotły.

Jedno jest pewne – historia kilku letnich dni sprzed 70 lat rozrosła się w rdzeń światopoglądowy 4 pokoleń i żyje w nas, fluktuując od kpiny po marzenie. Dziś wydaje się dominować to drugie. Bez odniesienia się do sprawy „przejętego latającego dysku” odtajnienie w jakiejkolwiek formie wzbudza i będzie wzbudzało uzasadnione wątpliwości, że zamiast odtajniać, wciąż utajnia. A za tą wątpliwością nieodmiennie podążać będzie pytanie: dlaczego?

Leave a Comment

Przewiń do góry