ROSWELL. CO UDAŁO SIĘ USTALIĆ, CO WYKLUCZYĆ, A O CZYM WOLELIBYŚMY ZAPOMNIEĆ… – CZĘŚĆ II

Na dwoje babka wróżyła

Mnemometal

O mnemometalu, cóż z tobą począć! – chciałoby się westchnąć. Ten najbardziej chyba charakterystyczny dla roswelliańskiej legendy artefakt jest jednocześnie unikatem w ufologii. Nigdy i nigdzie indziej: ani w przypadku rozbicia się UFO, ani przy jakimkolwiek kontakcie z materiałami Obcych żaden doświadczany nie donosił o przedmiotach czy skrawkach wykonanych z tworzywa zgniatanego i powracającego do pierwotnego kształtu. Jest to w pewnym sensie znak firmowy roswelliańskiego pojazdu, rozpoznawalny społecznie w stopniu o wiele większym, niż na to zasługuje. Co można o nim powiedzieć pewnego? Zgodnie z zasadą „nie ma dymu bez ognia” trudno wyobrazić sobie, aby tak konkretny element opowieści wziął się z niczego. Czym był jednak ten „ogień”, nigdy nikomu nie udało się ustalić.

Materiał zgnieciony lub zniszczony powracający do pierwotnego kształtu stał się ikoną UFOlkloru niemniej niż podarte folie, mające wyjaśnić opowieści o nim

Nieszczęsna notatka

Nowoczesna technika pozwala rozwiązywać zagadki przeszłości. Możliwości niewyobrażalne przed 70 laty dziś są codziennością. Jedną z technologii, która wzbudza szczególny entuzjazm w kwestii zbliżenia się do „prawdy o Roswell”, jest poprawa jakości obrazów – w tym wypadku zdjęcia z kluczowej sceny uficznego dramatu czy prezentacji folii przez generała Rameya i Jessego Marcela jako „dowodu na balon”. Na jednym ze zdjęć widać, że generał – według mitologii kłamca – trzyma w dłoni notatkę, do niedawna zbyt odległą i zamazaną, by dało się z niej cokolwiek odczytać. Od niedawna jednak mnożą się różne próby powiększenia tego wycinka fotografii, wzmocnienia jakości obrazu w celu wyostrzenia literek mogących szepnąć choć słówko przez czas i przestrzeń. Mimo średnio obiecujących dla ekspertów wyników tego wyłaniania strzępka prawdy z zakłamanej przeszłości, wciąż są widoki na to, że dokładniejsze odczytanie notatki uprawdopodobni jakąś wersję wydarzeń.

Lista zakupów czy Prawda przez wielkie P?

Obce symbole

Kolejny temat, broniony przez twardogłowych roswellomaniaków, ośmieszany przez roswellosceptyków. Rodzina Marcellów twierdzi, że na kawałkach przypominających deseczki lub kolumienki podjętych z „pola szczątków” były barwne symbole przypominające hieroglify. Jest to bardziej paliwo dla tych, którzy upierają się przy wersji balonowej, jako że często konstrukcje podczepiane do balonów były ściągane tasiemkami, nierzadko zdobionymi w sposób przypominający opisywane znaki. Choć z poszerzonego kosmosu docierają relację o różnych formach „pisma kosmitów” na ich konstrukcjach (np. przypadki z Socorro lub Rendalsham Forest), to są one niezwykle rzadkie. Kiedy pod koniec życia Jessego Marcela dziennikarka przeprowadzająca z nim rozległe wywiady zaczęła łączyć znaki, które jej prezentował, z jednym ze starodawnych ziemskich języków, Jesse miał się zezłościć i porzucić temat.

Pismo istot z obcych planet czy dziecinne szlaczki ?

Ciała kosmitów

Sprawa z ciałami nie jest prosta. Nie było ich (chyba) na „polu szczątków”, a wiarygodnej relacji z obrazka klasycznego dla wizji rozbicia się UFO, tzn. zniszczonego pojazdu i ciał rozsianych wokół, w przypadku Roswell raczej nie ma (są za to aż nazbyt liczne te niewiarygodne). Ciała pojawiają się w historii o enigmatycznych zamówieniach bazy z kostnicy miasteczka, ale pochodzą od świadka, który mocno zmyślał. Później przewijają się już w skrzynkach lub w kontenerach przez rzekome wspomnienia kilku świadków. Jednak… po latach uwagi odnoszące się do ciał przybyszów wygłaszali świadkowie – i to zawsze z jakąś rzewną miną – o których dotąd nawet najbardziej bezkrytyczni badacze nie spodziewali się, że mogli mieć z nimi kontakt. Niezależnie od źródła opowieść o smutnym losie kosmicznych rozbitków na zawsze stała się częścią ufologicznego folkloru i roswelliańskiego decorum.

Bardzo "ludzka" postać z "filmu z sekcji kosmity" nie przysłoniła ogólnego obrazu maluchnych ciałek wielkogłowych gwiezdnych wędrowców rozrzuconych wokół ich kosmicznego Argo na ziemskim pustkowiu.

Rozkaz utajnienia

Czy rząd, agencje (o znanych lub utajonych nazwach) lub prywatne siły od dnia 01 po dziś torpedują próby ujawnienia prawdy o tamtych lipcowych zdarzeniach 1947 roku, dla siebie kryjąc pozyskiwane od tamtej pory informacje? Odpowiedź jest złożona. To, że amerykańskie lotnictwo wciskało społeczeństwu dwa balony – jeden od razu w momencie odzyskania szczątków, drugi w latach 90., u szczytu popularności tematu – jest bezdyskusyjne. Czy istnieje grupa ludzi – z jednej lub kilku agencji – którzy niczym pałeczkę w sztafecie w zupełnej tajemnicy przekazują sobie skarbczyk z bogactwem pochodzącej z Roswell wiedzy i podejmują skoordynowane działania utrącające wysiłki poszukiwaczy prawdy? Jedne wydarzenia zdają się świadczyć o takiej możliwości. Inne raczej o indolencji mało energicznych molochów, jakimi stają się przerośnięte instytucje, w których kawałki pojazdu pozaziemian mogą nawet być upchane w zakurzonych pudłach. Gdzieś w rogu schowka, za miotłami, bez sygnatur, po których można by je zidentyfikować jako coś więcej niż rupiecie z powojnia, których nikt nie tyka, bo i tak jest co robić.

MJ 12

Organizacja Majestic Twelve – powołana w skrytości przez amerykańskiego prezydenta grupa 12 ekspertów za sprawą kosmicznego znaleziska z Nowego Meksyku jest epicentrum wszystkich legend o utajnianiu i zakłamywaniu. Dokumenty ją opisujące wyskakiwały jak Filip z konopi. A przez 30 lat ich analizy w odpowiedzi na pytanie, czy mają szansę być autentyczne, czy są znakomitymi fałszywkami mającymi ośmieszyć temat i jego badaczy – zdania są podzielone. Raczej nie ma już ufologów uznających w 100% ich autentyczność – za dużo dziwnych zbiegów okoliczności przytrafiło się przy ich odnajdywaniu. Obecnie dominuje pogląd, że dokumenty MJ 12 to dopieszczona dezinformacja służb lub jeśli przekazują one faktyczne informacje o reakcji amerykańskiej na kosmiczne zdarzenie, to w zbeletryzowanej formie jako swoiste „przyznanie się nie wprost”. Obie wersje nie podnoszą wiarygodności wersji „kosmicznej” zdarzeń z lipca 1947 roku.

Stosik papierzysk będących albo albo. Kłamstwem lub prawdą, fałszywą prawdą lub prawdziwym kłamstwem. A może czyś pomiędzy. A może czymś jeszcze innym.

Opowieść Jessego

Jesse Marcell jest traktowany przez entuzjastów roswelliańskiego crash/retrieval jako sprawiedliwy wśród reżimu – jedyny wojak, który stanął po „jasnej stronie mocy” i rozpoczął proces rozsupływania węzła kłamstw autorstwa jego kolegów i przełożonych. Goła prawda jest jednak taka, że Jesse też niemało nasupłał. Jego wspomnienia wojenne tak odbiegały od pisanych źródeł, że musiały dowodzić albo koszmarnej niekompetencji oddziałów, przez które się przewinął, albo co najmniej skłonności do przesady lub do fantazjowania – w wersji pesymistycznej. Sam moment, gdy prezentuje on obudzonej rodzinie zabrane z „pola szczątek” tajemnicze artefakty – ikoniczny obraz tej historii – nie mieści się w chronologii tamtych dni. Nie wiadomo, gdzie by miała być ta „noc prawdy”, podczas gdy jedną spędził ze szczątkami u Marcella, a następną już w Fort Worth w Teksasie, gdzie zapozował z gratami Rameya fotografowi. Podsumowując – Jesse mieszał. I jego niepotrzebne uzupełnienia do z trudem składanej układanki spodkowej nie przysłużyły się wiarygodności przypadku.

Osobowość skomplikowana

Poupychane kawałki

Rzekomy gwiezdny statek z Nowego Meksyku rozprysł się na ogromną ilość maleńkich skrawków, które wedle niezliczonych opowieści przewinęły się przez ręce mnóstwa ludzi. Ale czy są jakieś tropy prowadzące do nich obecnie? Wbrew pozorom – możliwe, że tak.

 

1. Pomiędzy rozsypaniem się błyskotek na polu szczątków a zawiadomieniem o nim bazy minęły 4 dni. W tym czasie lokalni i dalsi „spece” przybywali zobaczyć, co to za cudo zaśmieca brazelowe pole. Podówczas debatowano o spodkowym pochodzeniu błyszczących folijek, m.in. z tego względu wcale niewykluczone jest, że zabrano jakieś pamiątki, być może ukryte po takim, a nie innym obrocie spraw z „wyjaśnieniem lotnictwa”.

 

2. Abstrahując od sensacyjnej opowiastki rzekomego znajomka Jessego Marcela o kawałku statku skrytym w bojlerze dawno opchniętej komuś rudery (która przewinęła się przez nowy serial o Jessem), istnieje konkretna relacja mogąca sugerować zachowanie artefaktu z rancza przez owego i ukrycie go. Z relacji pochodzącej od żon dwóch przeciwstawnych dramatis personae Roswell – Cavitta i Marcela wynika, że ich rodziny spotkały się na obiedzie jakiś czas później i panowie zostali nakryci na próbie daremnej podgrzania „jakiegoś czegoś” palnikiem w kuchni. Po szorstkiej dyskusji panowie na chwilę zniknęli i powrócili już bez artefaktu. Nie dziwota, że ta anegdota rozbudza zapał poszukiwaczy.

 

Miejsce zdarzenia kryje dowody

Gonitwa za UFO przypomina poszukiwanie skarbów. Jeżeli powyższe stwierdzenie oddaje przeważnie sens symboliczny, w przypadku Roswell nabiera całkiem dosłownego znaczenia. Każde miejsce katastrofy tajemniczego obiektu jest i będzie zupełnie wyjątkowe – płaszczyzną przecięcia iluzorycznego bezmiaru z naszym piaszczystym gruntem, w którym wciąż – łudzi się cała rzesza – tkwią ślady nieznanego. W Nowym Meksyku w zasadzie nieustannie buszuje się po wszystkich trzech wrakowiskach. W serialach dokumentalnych „badacze” wskakują do dziur na pustyniach, piszczą wykrywacze metalu. Z poważniejszych przedsięwzięć starą tajemnicę wzięto na cel najnowocześniejszej technologii – niczym notatkę Rameya – grunt prześwietlono pod każdym możliwym kątem i znanym dziś sposobem. Nawet jeśli szanse na odnalezienie metalu, który nie istnieje, są takie jak ów metal, dokładne analizy geologiczne i im podobne mogą wykazać pewne wskazówki, np. z ukształtowania terenu odnośnie do np. wagi i impetu obiektu, który miał się w danym terenie roztrzaskać.

 

Część ostatnia (najgorsza) za tydzień…

Leave a Comment

Przewiń do góry