Do Emilcina i z powrotem. Nieudana próba dekonstrukcji fundamentalnego polskiego mitu ufologicznego – część III

Wolskie i Wawrzonki

Wawrzonek i Wolskie, początek czy kontynuacja znajomości? Za: BR s. 576

Wątkiem, któremu Pan Krzysztof Drozd i Pan Bartosz poświęcili niemało stronic, jest próba odkrycia prawdy na temat znajomości Witolda Wawrzonka z rodziną Wolskich przed feralnym porankiem „inwazji żab”. Byłby to ważny czynnik uwiarygadniający wawrzonkowy spisek i chyba sine qua non warunek capnięcia starszego pana na polanie i wmówienia mu, „że UFO”. Trudno bowiem wyobrazić sobie, że nawet tak nieasertywny starzyk jak Wolski bez słowa sprzeciwu „poszedłby z nieznajomym z krzaków na hipnozę”. Co innego z zaufanym panem Witkiem.

I faktycznie – w tym wypadku – wyniki śledztwa ujawniły liczne przesłanki, że się znali. Również ZBB zwracał wagę na to, że coś tu nie gra (jak 4 lat po nim BR), gdy odpytywany po raz enty Wolski upierał się, że nie pamięta Witolda Wawrzonka (ZwE s. 136-138). Nie dość, że Wawrzonek przez przynajmniej kilka dni był monopolistą emilcińskim, to jeszcze nagrał z Wolskim pierwszą długą taśmę, na której zresztą można znaleźć momenty sugerujące ich – jeśli nie zażyłość, to przynajmniej pewien stopień zaufania.

Dlaczego zatem prostoduszny rolnik w tym wypadku łgał uparcie, że nie pamięta tego jakiegoś Witolda? Wygląda to na kolejny psikus Wawrzonka, wcześniej przyłapanego przez Blanię na podsyłaniu fałszywych zdjęć. Być może wykoncypował, by świadkowi wmówić, by wypierał się znajomości z nim. Efekt wyszedł nieco komicznie, wyglądało bowiem na to, że Wolski wyparł kontakty z Wawrzonkiem po incydencie, z badań.

Badania trwają, Blania czemuś podejrzliwy... Za: BR s.262

Możliwe, że ZBB przejrzał sprawę i zaraz po kuriozalnym nagraniu kazał Wawrzonkowi zmiatać, by uniknąć kolejnych wpadek na nagraniach, z których pieczołowicie wznosił swoją „twierdzę nie do zdobycia”. Od początku zresztą – jak pisze – niuchał w Emilcinie wawrzonkowych intryg. Trudno się dziwić – miał już z nim niejakie przejścia fotograficzno-hipnotyzerskie.

Zły hipnotyzer może coś zepsuć

Wyjaśnianie tajemniczych zdarzeń za pomocą obwiniania hipnozy o indukcję wspomnień nie bez powodu wywołuje skojarzenia z NKWD ganiającym szajkę hipnotyzerów po Moskwie w fabule powieści Mistrz i Małgorzata. W obliczu diabelskiej magii – która w ujęciu mistrza Bułhakowa nie raz, nie dwa skojarzy się czytelnikowi obeznanemu ze zjawiskami około-ufologicznymi z poszerzonym kosmosem i jego mieszkańcami (zmiana formy, rozciąganie i skracanie czasu, dowolne modulowanie wielkością przestrzeni etc.) – hipnoza wydaje się wyjaśnieniem tępaków – tyle o niej samej wiedzących, co o tajemnicach nieba i ziemi. Pan Bartosz i ja nie jesteśmy ekspertami w tej dziedzinie. Proponuję zatem zastanowić się nad tym tematem w sposób śledczy, nie uciekając od kontekstu ufologicznego, w którym hipnoza (na dobre i na złe) zrosła się z fenomenem utraconych wspomnień.

Najbardziej popularna rekonstrukcja emilcińskiego wehikułu, efekt godzin i godzin opisywania i doprecyzowywania. Jak w miarę prędko wtłoczyć do głowy twardo stąpającej po podlubelskim gruncie "wspomnienie" tak złożonej struktury? Za: E1978 s. 327
Nawet reprodukcja sprawia wrażenie nieco inne od oryginału przez inny odcień, a nie jest to jedyny detal (lub detalik), którym różnią się rysunki powstałe na bazie słów doświadczonego. Czy byłoby tak, gdyby doświadczenie wynikało ze słów? Za: ZwE s. 269

1. Właśnie. Utraconych a nie uzyskanych. Jeśli faktycznie mocno podejrzany guru tego tematu Lech Emfazy Stefański (m.in. współzałożyciel w latach 90-tych Rodzimego Kościoła Polskiego, piewca tzw. psychotroniki, prezes Polskiego Towarzystwa Psychotronicznego) był w stanie wykreować w umyśle osoby hipnotyzowanej kompletne zdarzenie ufologiczne, którego realność byłaby nieodróżnialna od innych wspomnień zahipnotyzowanego, czy nie stawiałoby to w podejrzeniu wszystkich przypadków kontaktów z poszerzonym kosmosem? Nie idzie tu tylko o spotkania na polanach i łączkach, ale o cały globalny fenomen uprowadzeń – o ileż bardziej przypominający dzieło hipnozy czy środków psychoaktywnych od przeżyć „w terenie”. Czy regresja, której poddane zostały dziesiątki tysięcy doświadczanych, nie wykazałaby w którymś momencie udziału innych „Wawrzonków”, skoro – ku zgrozie twardogłowych ufologów – poprowadziła w labirynt dawnych wcieleń, równoległych żyć, kontaktów spirytystycznych i wszystkich innych zjawisk paranormalnych, na jakie ludzkość się natknęła w swej historii?

W innym wykonaniu UFO Wolskiego nieco tylko przypomina subtelny kształt z Blaniowej "ostatecznej" pozycji emilcińskiej. Za: E1978 s. 326

Odpowiedź brzmi: nie. Mimo dziesiątek wspomnień związanych z pobraniami przez personel wojskowy (patrz: KARLA TURNER I JEJ WSZECHŚWIAT) w Stanach Zjednoczonych nie ma konkretnych relacji z poszerzonego wszechświata o indukcji wspomnień. Wspomnienia kamuflażowe z kolei nigdy nie stanowią rdzenia zdarzenia, lecz jedynie jego opakowanie i są od niego odróżnialne.

2. Jako że – znów – na dobre i na złe – hipnoza w którymś momencie stała się nieodzowna w analizie większości kosmicznych doświadczeń Ziemian, literatura ufologiczna zaczęła ujawniać co-nieco jej „kuchni”, m.in. potrzebnych do jej przeprowadzenia kwalifikacji i warunków.

A cóż to za pojazd emilcińsko-podobny? A nie, ten sam, tylko inny jakiś. Za: BR s. 193

Co do tych pierwszych wszyscy odpowiedzialni badacze zgadzali się, że od wprawy hipnotyzera zależy niemal wszystko w powodzeniu przedsięwzięcia. Cytując za źródłowym dla formacji intelektualnej Pana Bartosza „Kwartalnikiem Ufologicznym UFO” nr 2 (26) z 1996 roku, zamieszczającym wywiad z autorytetem ufologii – dr Karlą Turner.

      Pytanie: Mówiła pani o wykorzystaniu hipnozy, która jest, jak wiadomo, przedmiotem wielu kontrowersji. Niektórzy badacze twierdzą, że ludzie będący w stanie hipnozy są zdolni do wymyślania historii, które nigdy się nie zdarzyły, w celu zadowolenia hipnotyzera. Niektórzy twierdzą, że wielopoziomowość przeżyć, zwłaszcza w przypadkach, w których udaje się przebić przez kamuflażowe wspomnienia i odkryć inne, znacznie się od nich różniące, jest produktem hipnozy. Co pani o tym sądzi?

 

      K.T.: Ten pogląd jest absolutnie nie do zaakceptowania. Uważam, że jest on dziełem tak zwanych fotelowych badaczy. Nie sądzę, aby osoby, które przeżyły bliskie spotkanie z UFO, podzielały go. Gdyby ci znawcy przeżyli to samo i porównali to, co pamiętali świadomie, z tym, co przypomnieli sobie w trakcie hipnozy, wówczas moglibyśmy porozmawiać. Póki co wypowiadają się na temat czegoś, o czym nie mają pojęcia. Wyrażają poglądy o charakterze hipotetycznym, zaś ich opinie bazują na błędnym rozumieniu całego zjawiska, doświadczeń oraz kontroli, którym poddawani są wzięci w czasie tych zdarzeń. Wymyślanie różnych wyjaśnień to żadna sztuka, nie oznacza to jednak, że te wydumki mają jakikolwiek związek z tym, co się rzeczywiście dzieje. Poza tym należy pamiętać, że istnieją źli i dobrzy hipnotyzerzy. Zły hipnotyzer może coś popsuć. Wiem, że są ludzie, którzy poddali się hipnozie ze względu na palenie lub dietę i czuli się po niej znacznie gorzej. […]

Co więcej, na łamach tego periodyku w temacie hipnozy zwracano uwagę na m.in.

 

2a. Różną podatność na nią doświadczanych.

 

2b. Kłopot, z przeszkadzającymi w skupieniu się dźwiękami i ruchem w pomieszczeniu – miejscu pracy z hipnotyzerem (np. wskazywany w artykule C. i J. Lorenzen, Wzięcie Patty Price, „UFO” nr 1 (13) z 1993 roku). Wartą przemyślenia jest jakość przyrodniczego pleneru dla wykonania wmówienia hipnotycznego indukowanemu – przeżycia złożonego i różnorako oddziałującego (słuch, wzrok, dotyk, węch, temperatura, emocje).

A może taki był? O! Za: BR s. 194

3. Kwestia wprawy

Podczas gdy nie ma źródeł pisanych potwierdzających jakikolwiek (nie tylko emilciński) przypadek zahipnotyzowania przez Pana Witolda kiedykolwiek (niezależnie od tego, czy z sukcesem, połowicznym sukcesem, czy z niepowodzeniem), trzeba się oprzeć na ustnych relacjach. Po dokonaniu ich podsumowania mamy jedno potwierdzenie, że lubelski ufolog „interesował się hipnozą” i że jego umiejętności „były wrodzone”. Te informacje pochodzą od jego żony i są oparte na wspomnieniach sprzed 30 lat. Tymczasem nie ma żadnego ustnego potwierdzenia, aby sam Pan Witold został skutecznie zahipnotyzowany i przekonany trwale do uczestnictwa w ufologicznym doświadczeniu. Na podstawie źródeł pisanych można tylko przypuszczać, że takie wydarzenie mogło mieć miejsce.

Z drugiej strony cały chór głosów wznosi się w gromkim „nie!”. Wraz z tym należącym do wspomnianej żony, która wycofała się ze swoich wspominek, zdawszy sobie sprawę, że nadano im znaczenie oczerniające dorobek zmarłego męża i jej rodziny. Wiarygodność jej zdania w tym temacie zatem zdecydowanie spadła. Nawet osoba przyznająca się do bliskiej zażyłości z Wawrzonkiem, wtajemniczona w jego „hece” i „psikusy”, nie przyznaje się do wiedzy o jego teoretycznym zainteresowaniu hipnozą.

Chyba że taki. Za: E1978 s. 324

W tym kamień diabelski zdaje się być pogrzebanym. Wszak o budowie roweru i osiągnięciach kolarskich można się zaczytywać. Samemu jeździć to zaś sprawa praktyczna, podobnie z hipnozą. Nie ma wątpliwości, że aby osiągnąć zaawansowanie wystarczające do przeprowadzenia „indukcji emilcińskiej” potrzeba by było treningu praktycznego, zakładającego początkowo słabsze lub żadne rezultaty. Tymczasem nie mamy żadnej relacji o tym, by podejrzany robił to, mówił o tym, chwalił się osiągnięciami lub żalił na porażki. W ten sposób dochodzimy do paradoksalnej sytuacji, w której w zasadzie każdego można posądzić o posiadanie umiejętności, w której się wyspecjalizował, nigdy się nie zdradzając w swoim otoczeniu, że nawet pobieżnie się nią interesował.

Na wyszkolenie się w celu przeprowadzenia „zemsty na Blani” miałby zresztą Pan Witold 21 dni. Zakładając, że zabrał się za zgłębianie arkan hipnotycznych nazajutrz po swoim feralnym zahipnotyzowaniu (19 kwietnia – 9 maja). Na ten „kurs przyspieszony” nie ma żadnych dowodów.

4. Kwestia czasu

 

Tymczasem są dowody na trudność wykonania indukcji emilcińskiej fabuły – po prostu – ze względu na czas potrzebny do jej opowiedzenia ze szczegółami.

 

Wedle chronologii wydarzeń feralnego dnia rozpisanej przez Kazimierza Drozda (E1978 s. 18) Jan Wolski ruszył z gospodarstwa Leona Raka o 6.15 rano.

 

Na „łączkę na skraju wszechświata” dociera o 7.15 rano.

 

Dokładnie o 7.50 wpada do domu.

 

Próbując zrekonstruować „scenariusz hipnotyczny”, trzeba chyba przyjąć, że sam hipnotyzer nie odgrywał wskoczenia potworaków na wóz Jana i całość wypadków przedstawił zahipnotyzowanemu stacjonarnie – najlepiej w miejscu, gdzie umyślił sobie zawis obiektu z windeczką. Zatem chyba trzeba założyć, że czatował na Wolskiego na łączce. Co zakłada, że wyszedł tego dnia z domu przed świtem i śmignął do Emilcina na swoim niezawodnym rowerze, być może wiedząc o rannej wyprawie zaplanowanej przez swoją ofiarę od syna owego, z którym był podobno zakolegowany.

No to w końcu jaki? "UFO kontra Jan Wolski"? Raczej słowa kontra grafika... Za: BR s. 690

Kolejnym założeniem jest zatem konieczność przeprowadzenia kompletnej i skutecznej hipnozy w ciągu tych 35 minut (gdzieś między 7.15 a 7.50). Nie znając czasu potrzebnego na powrót do domu, można przyjąć, że szybką jazdą wozem mogło to być 5-10 minut. Nawet przyjmując 5 minut na pokonanie ostatniego dystansu zostaje 30 minut.

Na drodze eksperymentu opowiedzenia ze wszystkimi przekazanymi przez Wolskiego detalami historii o spotkaniu – od spostrzeżenia z furmanki dwóch piechurów, po ostatnie zerknięcie na obiekt, nie uwzględniając czasu realnego wykonywania indukowanych czynności (ubieranie i rozbieranie trwa nieco dłużej niż powiedzenie komuś „rozebrałeś się/ubrałeś”) – uzyskano czas dokładnie 31 minut nieprzerwanej w zasadzie opowieści. Uczestniczka eksperymentu wcielająca się w słuchającego rolnika nigdy nie słyszała o najsłynniejszym polskim przypadku. Niemniej jej kontakt z obecną w przestrzeni publicznej ufologią, popkulturą oraz autorem UFObezstereotypów uzbroiły ją wcześniej w zasób wiedzy na temat scenariuszy spotkań z UFO. Takiej wiedzy Jan Wolski nie posiadał, trudno zatem wyobrazić sobie czy opis – zwłaszcza złożonego tech-designu statku obcych – nie wymagałby domówień, wyjaśnień, doprecyzowań, może rysunku?

Tymczasem wydaje się koniecznym przeznaczenie przynajmniej krótkiego czasu na niespodziewane odkrycie przez Jana znajomego (?) Pana Witolda na łączce i doprowadzenie go do stanu zahipnotyzowania. 

 

Trudno sobie wyobrazić modus operandi. Czy hipnotyzowany miałby zostać posadzony na wozie lub położony na nim? Wtedy byłby narażony na ruchy i dźwięki wozu i konia, które – można stwierdzić bez wątpliwości – utrudniają hipnozę obu uczestnikom. Czy usiadł lub położył się na wilgotnej trawie? O tym, że przynajmniej pół godziny spędził na łączce świadczy ślad wyjedzonej przez konia trawy.

Wóz i gospodarz wydają się tak samo stałym elementem pogranicza świata człowieka i natury jak dziwaczne obiekty przemykające po niebie, od czasu do czasu przyziemiające lub lądujące. Za: BR s. 657

Niezależnie od metody wydaje się, że na przygotowanie do wprowadzenia w trans trzeba poświęcić jeszcze przynajmniej jeszcze 5-10 minut. Wówczas chronologia feralnego poranka wydaje się „nie starczać” na pełne wykonanie założeń scenariusza.

      Czy wprowadzenie kogoś w trans somnambuliczny w ciągu pół godziny i w ciągu następnych trzydziestu minut [skąd ta wolna godzinka, Panie Bartoszu? – UFObezstereotypów] indukowanie fałszywych wspomnień o fikcyjnym zdarzeniu jest możliwe?

 

      Odp.: Wprowadzenie wybranych osób w trans somnabuliczny jest możliwe w nawet krótszym czasie. Przyjmuje się jednak, że od dziesięciu do dwudziestu procent populacji może osiągnąć tego rodzaju trans. Obecnie jednak w hipnozie terapeutycznej nie stosuje się wprowadzania w tak głęboki poziom hipnozy.

Jako swoiste addendum do powyższych rozważań zamieszczam dołączoną do książki (BR s. 701) odpowiedź zawodowego psychologa oraz hipnoterapeuty na pytanie dotyczące czasu potrzebnego do wykonania wymyślonego spotkania z UFO:

I druga odpowiedź na to samo pytanie, tym razem Michała Ciesielskiego, zawodowego hipnoterapeuty (BR s. 707):

      Odp.: Tak. Aktualnie znane są techniki, które dają możliwość wprowadzanie w stan somnambulizmu w kilka minut. Oprócz tego niektóre osoby mają naturalną zdolność, by wchodzić w ten stan błyskawicznie – nawet przy pomocy prostszych technik.

     Sama indukcja fałszywych wspomnień może zawierać się nawet w dwóch sugestiach: „przeżyłeś dane zdarzenie” oraz „zapomnisz o tej hipnozie”.

Bibliografia:

ZwE: Zbigniew Blania-Bolnar, Zdarzenie w Emilcinie, Pandora Books 1996.

BR: Bartosz Rdułtowski, Tajne operacje PRL i UFO, Technol 2013.

E1978: Krzysztof Drozd, Emilcin 1978. W poszukiwaniu prawdy, Wydawnictwo BAOBAB 2019.

    

Finalna część rozkmin o PRL-u i UFO-ach za 2 tygodnie

1 thought on “Do Emilcina i z powrotem. Nieudana próba dekonstrukcji fundamentalnego polskiego mitu ufologicznego – część III”

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry