Książka wysokiej dziwności – część I

Anglojęzyczne NOLe nad Ojczyzną

Recenzja książki Cielebiaś Piotr, UFOs over Poland. The Land of High Strangeness, Flying Disc Press 2015

Książka wysokiej dziwności – część I

Polska jest w UFO bogata, nie da się zaprzeczyć. Nie tylko dotrzymywała kroku na kolejnych etapach przeobrażającego się fenomenu począwszy od II wojny światowej – najpierw uczestnicząc w obserwacji spodków, potem spotkań, uprowadzeń, kręgów i łącznictwa – ale podobnie jak inne kraje może poszczycić się ciekawą tradycją z czasów folkloru, tradycji i proto-UFO. Nie tylko polskie przypadki wpisywały się w poczet ważnych wersów epopei o poszerzonym kosmosie (czymkolwiek by nie był), ale i ich badania. Tematyka ufologiczna od lat 70-tych do początku XXI wieku wzbudzała jeśli nie zainteresowanie to była stale obecna w sferze medialnej. Czego chyba najlepszym miernikiem są stosy tłumaczonej i rodzimej literatury dotyczącej zagadnienia, zebrane z erupcji wydawniczej przełomu wieków. Nic dziwnego, że mała (żeby nie powiedzieć: żadna) obecność polskiego akwenu kosmicznej tajemnicy w oceanie publikacji zachodnich wzbudza poczucie zawodu i niesprawiedliwości wynikającej z pomijania naszego kontekstu przy odwiecznym zafiksowaniu na wałkowane i reinterpretowane do znudzenia przypadki ze Stanów Zjednoczonych.

Cześć I: Od Słowian po Stół Okrągły (jak spodek)

 

Tym bardziej wykrycie – słabo chyba rozpropagowanej w polskim około-uficznym Internecie – syntetycznej pozycji Polaka o Polsce intensywnie odwiedzanej przez UFO (nie tylko dla narodów anglo- i niemieckojęzycznych, ale i dla… Finów) i cieszy, i dziwi, i wzbudza niepokój. Ten relatywnie świeży na polskim rynku wydawniczym głos siłą rzeczy (przez brak konkurencji) stanie się głosem jedynym, który będzie dla zainteresowanych naszą krainą czytelników z Zachodu swoistą alfą i omegą w omawianym temacie. Zapraszam zatem do, jak głosi podtytuł, Polski – krainy wysokiej dziwności, celem przekonania się, czy rodzima dziwność nie wkradła się też do wywodów naszego rodaka. „Zawodu”, zrazu uprzedzam, nie będzie, bo wkradła się.

KRAJ PRZEZ UFO LUBIANY

Wyboiste dzieje relacji naszego kraju z poszerzonym kosmosem i ufoversum wykraczają dalece poza recenzję publikacji Piotra Cielebiasia. Staną się one zatem przedmiotem osobnego opracowania Frustrujące dzieje ufologii polskiej, o znacznie szerszych ramach, na które złożoność zagadnienia zasługuje i którego wymaga. Niniejsza recenzja ma na celu próbę zaprezentowania obrazu historii fenomenu w naszym kraju i reakcji na niego tak naszego wstrząsanego dziejowymi przemianami społeczeństwa, jak i UFO-badaczy oraz UFO-entuzjastów – wszystko to w cielebiasiowym ujęciu. A obraz malowany przez Cielebiasia ma charakterystyczną paletę.

Na początek należy przyznać, że jego syntetyczne ujęcie krajowej UFO-historii bazuje na praktycznie kompletnym materiale źródłowym zebranym przez wszelkie możliwe podmioty od czasów folkloru po drugą dekadę obecnego wieku. Oprócz kilku, być może nie najważniejszych przypadków, nie brak praktycznie żadnego kluczowego elementu układanki pt.: „Polskie UFO-zjawiska i im podobne”. Jest garść zapisków z nowożytności, są skomentowane i ocenione pod kątem ich wiarygodności relacje z dwudziestolecia międzywojennego oraz z czasów II wojny światowej i katastrofy okupacyjnej.

Nie brak zdarzeń słynnych, choć wysoce wątpliwych. Jak spotkanie na nadbałtyckich wydmach jeńca wojennego z uroczą, aryjsko-wyglądającą pilotką osobliwego wehikułu, wykraczającego nawet poza marzenia o hitlerowskim Wunderwaffe; wziętą przez niego za słynną niemiecką super-pilotkę, a później w Epoce Spodków skojarzoną z gwiezdną podróżniczką. Tego typu relacje – podobnie jak o polskich, mocno wątpliwych rozbiciach i odzyskaniach UFO-wraków – budują klimat naszego rodzimego UFO-folkloru, któremu „nic co kosmiczne nie jest obce”. W wielu przypadkach – m.in.: w skompromitowanej bezpodstawną atmosferą sensacji aferze wielokrotnie pobieranej z lat 90-tych – Autorowi udaje się zachować dystans i obiektywizm. Niestety nie jest to stała. Nie przepuszcza on okazji, by przemycić „na Zachód” niemało swoich przemyśleń o historii i naturze naszej styranej kolejami dziejowymi Polski, które są dalekie od obiektywizmu.

DYSKRETNY (?) UROK PRL-U

 

Niezidentyfikowane Obiekty Latające (których skrótowe określenie NOL, nieco niezręcznie i zabawnie brzmiące, polska kadra ufologiczna starała się lansować w latach 90-tych) wleciały bezpardonowo na nieboskłon naszej znękanej wojną światową Ojczyzny wraz z jej pogrążaniem się w komunizmie i zależności od Sowieckiego Imperium. Nic dziwnego zatem, że to w Polsce z nazwy Ludowej wielowarstwowy fenomen (obejmujący tak obserwacje na niebie, jak i przeżycia ściśle splecione z duchowością) zakorzenił się mocno w kontekście materialistycznego główkowania na temat podróży kosmicznych w wynikłych z rozumu pojazdach technicznych. Z drugiej strony stanowił też odskocznię od frustrującej szarugi dla poszukiwań o charakterze mistycznym i paranormalnym.

Zgodnie z właściwą sobie metodologią nasz Autor sięga jednak jako po pierwsze quasi-ufologiczne doniesienia daleko wstecz od punktu startu: PRL-owskiej z naszej perspektywy Ery UFO, wręcz do samego przedświtu Polski – czasów słowiańskich. Nie wiadomo w sumie czemu. Niby w poszukiwaniu bliskich późniejszym obserwacjom kul światła świetlików z rodzimego folkloru oraz tajemniczych, podobnych ufonautom płanetników. Ale nie przepuszcza Cielebiaś okazji, by w tym samym miejscu ocenić holistycznie polskie dzieje, zarzucając Kościołowi katolickiemu, który – jak wszędzie – zastępując dawne wierzenia, ukrócił żywotność dawniejszego folkloru, czyniąc „kulturowy i historyczny holokaust polskiej tożsamości, do którego nawet dziś nie chce się przyznać”.

 

Podejrzewam, że to ani ładne, ani merytoryczne zdanie witające już z 4 strony pozycji o UFO musi budzić niejakie zaskoczenie zarówno u czytelnika „zachodniego”, jak i „rodzimego”. I to niezależnie od jego podejścia do wysoce skomplikowanej oceny wpływu katolicyzmu i jego urzędowej emanacji na nasz kraj i naród. Nie odmawiając Autorowi i prawa do własnych przemyśleń, i żalu za możliwymi, utraconymi źródłami z czasów przedchrześcijańskich, przysposobienie określenia holokaust – o jednoznacznej konotacji przemysłowej utylizacji konkretnej grupy społecznej w XX wieku – do wieku X jest wyłącznie sensacyjnym hasłem. Pisanie zaś o „polskiej tożsamości” w tymże momencie dziejowym jest co najmniej nieporozumieniem i od razu na 4 stronie podważa warsztat i wiedzę Autora, wzbudzając podejrzenia, co do propagandzistowskiego podtekstu pozycji, które szybko znajdują dalsze potwierdzenia.

 

Kilka stron później Autor pozwala sobie pouczyć Czytelnika o innym znów holokauście, którego na narodzie polskim dokonał Adolf Hitler, zwracając mu uwagę, by nie zapominał o nim podczas oglądania – w ujęciu cielebiasiowym – chyba gloryfikujących Führera i jego III Rzeszę programów dokumentalnych spod szyldu zasłużonego National Geographic. Tytuły owych rzekomych prohitlerowskich laurek Autor jednak przemilczy. Nie przepuści jednak okazji, by przyganić przedwojennej II Rzeczypospolitej, rządzonej przez „militarną koterię”, i pochwalić niedoceniany na Zachodzie polski socjalizm, który przeobraził Polskę w kraj nowoczesny. Zależny, przyznaje, od Związku Sowieckiego, niemniej, pozwoli sobie zacytować: „najweselszy barak w socjalistycznym obozie”.

 

Żeby było jeszcze dziwniej, Cielebiaś docenia osiągnięcia snujących swoje rozważania w czasach tego wesołego baraku: ekscentrycznego ufologa Kazimierza Bzowskiego (gdzie indziej z kolei wspomni jego dziwaczne przygody, m.in. ze zrobieniem zdjęcia kosmity, zniszczonego następnie ze strachu przed nim…) i inżyniera-filozofa, niejakiego Miłosława Wilka. Bizarną koncepcję tego ostatniego o związku zjawisk około-ufologicznych z siatką linii energetycznych planety Ziemi, będącej kolejnym elementem mitologii ufoversum i ciekawostką swoich czasów, Cielebiaś przyrównuje do teorii względności i przyznaje, że poprawnie zrozumiało ją tylko kilka osób.

 

Nie wnikając w przyczyny tego ograniczonego zasięgu koncepcji Wilka, nie da się nie zauważyć u Cielebiasia nostalgii za PRL-owskimi – złotymi w pewnym sensie – czasami swobodnej i młodej ufologii, rozbuchanych teorii i rzekomego bardziej otwartego podejścia ówczesnych władz do interesującego nas zagadnienia. Nie jest to jednak powód, by swoje prywatne opinie o historii Polski przemycać niby od niechcenia pośród sumiennie i schludnie opisywanych „ludowych” incydentów ufologicznych, którym trudno cokolwiek zarzucić. Może oprócz cudacznej niekiedy angielszczyzny i masy błędów wydawniczych.

 

Przy jednym z tych incydentów warto się nawet zatrzymać na dłużej, gdyż jest to przypadek niezwykły, który do polskiego UFO-folkloru trafił z Zachodu właśnie i tak silnie się u nas zadomowił, że jest aż nazbyt często zwany polskim Roswell. Idzie o tak zwany Incydent Gdyński.

 


GDYŃSKIE FIKSUM DYRDUM

Ojczyste Roswell, bliższe jakkolwiek polskiemu Shag Harbour (patrz: MROCZNY OBIEKT), jak żadne inne ma naturę właściwą zjawisku UFO – gdy niemal już zdaje się być w zasięgu, wymyka się przez palce, pozostawiając posmak niepewności, czy faktycznie miało miejsce. A jeśli tak, to jak bardzo jego powidok oddalił się od faktów?

 

21 stycznia 1959 roku jakieś tajemnicze, niezidentyfikowane coś przemknęło nad Gdynią, wzbudzając zainteresowanie kilku świadków charakterystycznym metalicznym chrzęstem. Następnie zatonęło w portowych wodach. Co do tej części gdyńskiej opowieści panuje zgoda, źródłem dla niej są ówczesne doniesienia prasowe. Jak każde takie zdarzenie obrosło ono fantastycznymi plotkami bez potwierdzenia, m.in. o dłuższym utrzymywaniu się obiektu nad miastem przed zanurzeniem lub o wydobyciu nietypowego pojazdu przez nieodzownych wojskowych i wywiezieniu go do Moskwy.

 

Jeśli trzymać się porównania gdyńskiego impaktu do Shag Harbour, to ma on i swoją legendę Shelburne, która w tym wypadku wielokrotnie przerosła podstawową historię. Jest to typowy UFO-folklor o UFO-rozbitku wyrzuconym na okoliczną plażę niedługo po zanurzeniu jego wehikułu, badaniu go w gdyńskim szpitalu i wywiezieniu do Tajnej Krainy Klubu Wtajemniczonych. Dobra legenda nie potrzebuje umocowania w faktach, a tych zdaje się w tym przypadku w ogóle nie być. Przekazem źródłowym jest anglojęzyczna książka o UFO z 1978 roku, której autor – niejaki Arthur Shuttlewood – wywodzi ową legendę od nieznanego nikomu, rzekomego polskiego ufologa: jakiegoś Antoniego Szachnowskiego.

 

Każda mocna opowieść sieje odpryski i apokryfy, tych nie brakuje i w przypadku gdyńskim. W ciągu dekad okazjonalnie wypływały (nomen omen) niekonkretne przebłyski informacji, że ktoś coś widział lub coś czytał – jakiś raport czy dokument potwierdzający scenariusz z rozbitkiem – tradycyjną historię crash/retrievals. W tym wypadku jest jednak jeszcze mniej przesłanek niż w legendzie o Shelburne, co nie przeszkadza entuzjastom marzyć, że kiedyś „coś się jednak sypnie”. Na ten moment – zgodnie z wnioskami przytaczanymi przez Cielebiasia – najprawdopodobniej chodziło o metaliczny meteoryt lub kawałek kosmicznego złomu, który trafił w sam środek tarczy rodzących się UFO-mitów.

 

Copyright by Jacek Plichta

 

Druga część polskich dziejów ufologicznych za tydzień

Kategorie wpisów

Spis treści

DYSKRETNY (?) UROK PRL-U

 

Książka wysokiej dziwności – część I

Leave a Comment

Przewiń do góry