ŚMIERĆ I ZMARTWYCHWSTANIE DZIWACZNEGO ROZBICIA UFO W AZTEC Z 1948 ROKU

Recenzja książki Ramsey Scott, Ramsey Suzanne, Thayer Frank, The Aztec UFO Incident: The Case, Evidence, and Elaborate Cover-up of One of the Most Perplexing Crashes in History, New Page Books 2015

Jeżeli incydent rozbicia/odzyskania UFO z Roswell w stanie Nowy Meksyk z 1947 roku jest niewątpliwie najsłynniejszym tego typu przypadkiem i archetypem opowieści o katastrofie pojazdu z kosmosu, to Aztec jest zdecydowanie najdziwniejszym. I nie chodzi wcale o przebieg historii. W zasadzie zawiera ona te same elementy co legenda roswelliańska: świadkowie cywilni i agresywni wojskowi, ciała nieludzkich nieszczęśników i tajemniczy obiekt przekraczający technologiczne możliwości tak Amerykanów, jak i Sowietów. Rożni się za to sposobem zejścia pojazdu na ziemię. Ale przede wszystkim to, co wyróżnia incydent z Aztec, to surrealistyczna, nigdy-nie-kończąca się historia jego sławy i niesławy. Choć katastrofa z Roswell przeżywała swoje okresy znaczącej wiarygodności i zupełnego odrzucenia, było to jednak nic w porównaniu z Aztec. Dość powiedzieć, że był to przypadek rozbicia się UFO, który spowodował, że ufolodzy przestali się zajmować rozbiciami UFO na kolejne 30 lat, a jego ujawnienie – paradoksalnie – wzmocniło utajnienie wszystkich innych przypadków w tym roswelliańskiego.

Epoka Spodków rozpoczyna się

Opisywanie zdarzenie miało miejsce osiem miesięcy po rozpoczęciu Ery UFO. Przypomnijmy – jej początek wyznaczyły dwa wydarzenia: obserwacja Kennetha Arnolda i rozbicie się tajemniczego pojazdu pod Roswell. O pierwszym zdarzeniu słyszeli wszyscy, o drugim przez długi czas prawie nikt. Za pierwszą obserwacją spodków pomykających na niebie poszły setki kolejnych, na stałe zyskując fascynację środków masowego przekazu. Zdarzenie z Roswell wprawdzie wybuchło w mediach na parę godzin, ale szybko zgaszone rządową przykrywką balonową nie znalazło drogi do masowej świadomości. Miało się to jednak zmienić – na dobre i złe.

25 marca 1948 roku na niebie – a jakże – Nowego Meksyku zaobserwowano wolno opadający obiekt, który dzięki sławie swych pobratymców został od razu rozpoznany jako „jeden z tych spodków”. Nie leciał jednak jak inne – łagodnie, z tajemniczą i majestatyczną gracją. Opadał rwanie, tak jakby było z nim coś nie tak. Zniknął w sposób typowy dla standardowego scenariusza upadku UFO, który stał się nieodłączny dla wyobrażenia o nich – na jednej ze skalnych grani, nazywanych z hiszpańskiego mesą (pol.: stoliwo – masyw górski lub pojedyncza góra o płaskim szczycie). Szybko został odnaleziony przez okolicznych, wśród których byli pracownicy pobliskiego pola naftowego, policjanci a w końcu i kapłan, który przybył, by udzielić duchowej pomocy rozbitkom, nieświadom ich niecodziennej tożsamości. Wszyscy ci przybyli widzowie mieli sporo czasu przed drugim aktem – przejęciem znaleziska przez wojsko – by sprawę rozeznać. Dlatego udało się od nich uzyskać spójną wersję tego, co widzieli.

Pojazd – który był faktycznym spodkiem – z kulistym wnętrzem i zwężającym się pierścieniem wokół (inaczej niż pojazd z Roswell, który kształtem przypominał raczej mantę) nie rozbił się, lecz przyziemił i leżał na mesie, przechylony na jednym boku. Był duży – ok 30 metrów średnicy, z zewnątrz nieuszkodzony, ale wewnątrz musiało stać się jednak coś złego, gdyż przez powierzchnię nabierającą przezroczystości przy zbliżeniu widać było rozrzuconych wewnątrz nieżywych załogantów. Byli niedużymi humanoidami o nieproporcjonalnie z ludzkiej perspektywy wielkich głowach (jak rzekomi rozbitkowie z Roswell). Wojsko, dostawszy się do środka dzięki rozrostowi małego otworku do rozmiarów włazu, przejęło od 14 do 16 ciał. Dodatkowym elementem uwiarygadniającym całą relację jest wrażenie, jakie na wspinających się na spodek i krążących wokół niego odkrywcach zrobił przylot wojskowych helikopterów, widzianych przez nich po raz pierwszy w życiu. Te nowe w 1948 roku maszyny były dla nich dosłownie jak UFO – Niezidentyfikowanymi Obiektami Latającymi.

Wojsko wywiozło spodek ciężarówką, zakazało komukolwiek rozpowiadać o znalezisku, wymawiając się testami nowej technologii i koniec historii. To znaczy mógłby to być jej koniec. Jednak 2 lata później o doświadczeniu kilku osób, o którym wiedziało ze słyszenia dodatkowo może kilkadziesiąt, dowiedział się cały świat. Na scenę wkroczył Frank Scully i spodki przestały tylko przemykać po niebie. Z Prawdy stojącej za nimi [tłum. własne] dowiedziano się, że zdarzają się im wypadki.

Co się kryło za książką o tym, "co się kryje za Latającymi spodkami"?

Co się kryje za Latającymi spodkami? To pytanie zadawały sobie rzesze czytelników książki pod tym właśnie tytułem – drugiej bodaj o tematyce Latających Spodków (terminu UFO podówczas jeszcze nie było) nie tylko w Kalifornii, gdzie ją wydano, nie tylko w USA, ale w ogóle na świecie. To legendarna dziś pozycja UFO-historii pióra po równo osławionego i zniesławionego autora – Franka Scully’ego. Opowiadała o zatajonym przez władze wypadku w Aztec, filozofowała na temat napędu pojazdów z innych planet i wskazywała na ludzi, którzy wiedzą o nich niemało, ale nie wolno im przekazać tej wiedzy traktowanym jak owieczki obywatelom. Jednak niektórych z tych poinformowanych ludzi jednak rusza sumienie, stąd informacje, na których oparto bestseller. Jako że owym informatorom groziłoby w razie rozpoznania niebezpieczeństwo, ukrywali się oni pod anonimowością. I tak specjalista od spodków Sculley’ego ukrył się pod pseudonimem Dr. Gee.

Niedługo trwała chwała demaskatorów UFO-spisku przeciw narodom Ziemi, bo przeciw dziełu Scully’ego wytoczono broń najcięższego kalibru – śledztwo dziennikarskie. Szybko ujawniono kompromitujące fakty. Zniknął iluzoryczny Dr. Gee, na scenę wyciągnięto zza kotar niejakich Silasa Newtona i Leo Geebauera – ten pierwszy szukał po pustyniach Kalifornii i okolic ropy przy użyciu podejrzanego ekwipunku. Czasem jej nie znajdował, puszczając klientów z torbami. Czasem jednak jego ustrojstwo było skuteczne i klient zostawał krezusem. Obu ich umorusano w farbie drukarskiej i wytarzano w plotkach o handlu spreparowanymi gratami z rzekomego wraku spodka, o którym pisał Scully. Skończyło się dziwacznym procesem przed obcym sądem i wyrokiem, którego nie wykonano, co już dawało do myślenia.

Wyrok wydany na książkę był jednak nieporównywalnie cięższy i wykonywano go długoterminowo. Badacze i entuzjaści, sceptycy i krytycy wszystkiego, co wiązało się z tajemniczymi obiektami na niebie, nawet kilkumetrową tyczką nie zamierzali tykać wypływających od czasu do czasu fragmentów relacji o tu i ówdzie rozbitych obcych pojazdach.

Aż na scenę UFO-historii wkroczyła kolejna przełomowa osobistość – Leonard Striengfield.

Kapitalna okładka krytycznego wydania dzieła Scully'ego. Zwracają uwagę nienagannie wymalowane panie w gustownych szlafroczkach oraz mężni panowie o wydatnych szczękach. Wszyscy zaskoczeni nieco przez UFO.


Aztec nieśmiało wraca

Na przestrzeni 80 już lat zajmowania się tematyką ufologiczną przewinęły się przez UFO-świat postacie najróżniejszej proweniencji. Od kryształowych i dokładnych, przez gnuśnych arogantów, sfrustrowanych pretendentów, po oszustów, wariatów i celowych dezinformatorów. Leonard Stringfield bez przesady jako jeden z nielicznych może być zaliczony do pierwszej kategorii. Jego losy i dokonania są tematem osobnego artykułu, tu dość przypomnieć, że stosując nowatorską i ostrożną metodologię, powoli wprowadził tematykę – jak je nazwał rozbić/odzyskań UFO – do ufologicznego mainstreamu.

Jego publikacje przedstawiały ludzi opowiadających o bliższym lub dalszym kontakcie z tym tematem jako osoby starające się za wszelką cenę zachować ostrożność. Relacje zaczęły się mnożyć i niekiedy zazębiać jakimś szczególnym czasem czy obszarem. Potem, wraz z wystąpieniem Jessego Marcela, „wybuchło Roswell” i skupiło uwagę na Nowym Meksyku. Stąd niedaleko już było do znienawidzonej katastrofy w Aztec, praprzyczyny odrzucenia teraz nabierających znaczenia relacji. Trzeba jednak było kilku lat i kolejnego pioniera „odzyskiwania rozbitej historii o rozbitym UFO”, by Aztec mogło wrócić przynajmniej na marginesy stronic o licznych crash/retrivals.

Idzie o Williama Steinmana, którego obszerna książka z 1986 roku była pierwszą rehabilitującą Scully’ego i jego nieszczęsną przygodę ze światem wydawniczym. Od tego czasu temat Aztec czaił się niejako w tle pędzącej na łeb na szyję historii o Roswell. Wraz z jej spektakularnym upadkiem – niejako powtarzającym dawny Aztec-entuzjazm i jego odrzucenie – oddalił się od pola zainteresowania poważnych badaczy, zresztą ledwo sobie radzących z przytłaczającym fenomenem uprowadzeń. Ale nie zniknął. Książka Suzanne i Scotta Ramseyów napisana przy współudziale Franka Teylora z 2011 roku jest podsumowaniem zawikłanych losów Aztec, bynajmniej dalekich od zakończenia.

O pewnej sferze ufologicznego półcienia, w której Aztec dalej musi czekać niby w Limbo, ni-to-uznawany, ni-to-dyskredytowany, niech świadczy trudność uzyskania książek o nim. Podczas gdy książki o Roswell plenią się wciąż niestrudzenie, nie wnosząc już wiele do tematu.

Czy oszust oszukał oszustów?

Co się zdarzyło na mesie w Nowym Meksyku wiosną 1948 roku – nie sposób ustalić. Ale może, tylko może, da się zbliżyć do ustalenia, co spotkało Franka Scully’ego, Newtona, Geebauera i co ważniejsze, dlaczego. Oskarżenia pod ich adresem już wtedy wydawały się kruche lub nieprawdziwe (nawet sądowi), jednak nagonka była skuteczna. Czy kryły się za nią jakieś mroczne siły rządowe? Chyba nie musiały. Książka Franka Scully’ego stała się najprawdopodobniej ofiarą siły niemniej mrocznej niż Majestic 12 – zawiści urażonego wydawcy.

Powiedzieć, że Latające Spodki były w okolicach 1950 roku gorącym tematem, to jak zasugerować, że wybuch bomby wodorowej również generuje ciepło. Nie umknęło to uwadze bogacza i wpływowego ekscentryka świata słowa pisanego – J.P. Cahna. To on stał za atakami na „ludzi Scully’ego” i samego autora, on wypuścił żywą po dziś dzień rewelację o handelku dinksami ze spodka, która – trzeba przyznać – skutecznie zniechęca do zbliżania się do zagadnienia. Czy motywowała go praca dla potężnego kompleksu przemysłowo-wojskowego, zmory prezydenta Eisenhowera? Bynajmniej. Prawdopodobnie chodziło tylko i aż o stos zieloniutkich baksów, który mu śmignął jak spodek koło nosa, nie chcąc się rozbić w jego portfelu. Wiele wskazuje na to, że zwietrzywszy temat Scully’ego, chciał go odkupić za marne grosze i samemu stać się prekursorem UFO-publikacji. Spuszczony przez Scully’ego po brzytwie, zemścił się w sposób, którego efekt trwa w zasadzie do dziś. Cała tematyka UFO-rozbić stała się śmieszna (i niedochodowa), a Aztec po dziś dzień balansuje na granicy śmieszności. Granicy wyrysowanej przez zawiść kalifornijskiego magnata.

Frank Scully - oszust czy oszukany?

Schwytać nieuchwytnego Dr. Gee

Jeżeli Scully i spółka uficznych cinkciarzy nie spreparowali całej tej sensacji, by zbić majątek na aluminiowych śmieciach wciskanych naiwniakom, skąd wzięła się historia o Aztec? Kim był iluzoryczny Dr. Gee? Wszystko wskazuje na to, że taka postać nie istniała jako jednostka. Wygląda na to, że mogła być to grupa ludzi związanych z programami dotyczącymi zaawansowanych technologii jeszcze z czasów II wojny światowej lub nawet z czasów ją poprzedzających.

Wiele z nazwisk potencjalnych kandydatów na Doktorów Gee przewija się w niewiele wcześniejszej sprawie Roswell – nie bez powodu są to osoby wspomniane przez dokumenty Majestic 12. Niezależnie od tego, czy są fałszerstwem, fałszerstwem ujawniającym prawdę, częściowym fałszerstwem, czy jakimkolwiek innym dziwnym konstruktem przypisywanym im przez badaczy, rekonstruowały one towarzystwo, z którego podówczas musieliby rekrutować się eksperci wezwani na ratunek przed inwazją UFO. Niezależnie też od tego, czy któreś z nich się rozbiło w Aztec, Roswell, Coronie czy jeszcze gdzieś indziej w nowomeksykańskiej Krainie. Bo zaczarowana inwazja już trwała w umysłach amerykańskich obywateli wypatrujących na niebie UFO. Rząd Stanów Zjednoczonych potrzebował Doktorów Gee w odpowiedzi na tę gorączkę. A niektórzy z nich mogli nawet nie zgadzać się z przyjętymi przezeń oficjalnymi stanowiskami czy rygorami i rozmawiać, np. z takim Scullym. Czy tak właśnie było? Nigdy się nie dowiemy.

Inne ślady jednak można sprawdzić. Nad Nowym Meksykiem podówczas latało bowiem bardzo dużo dziwnych obiektów, wśród których niektóre nie były mniej dziwne od rzekomych pojazdów kosmitów.

Aztec żyje!

Przypadek mesy blisko Aztec był „wyjaśniany” na liczne sposoby. Oczywiście poza sprowadzeniem go do tematu książki, mającego napędzić spryciarzom nieco pieniążków, a może i chętnych na UFO-pamiątki. Przecież byli świadkowie i przez lata pojawiali się kolejni, oderwani już zupełnie od afery Scully’ego. Ba, nie tylko oni z denerwującym uporem wypływali co jakiś czas to tu, to tam – spodki też nie zamierzały się „poddać”. Na nowomeksykańskim niebie przemykały obiekty w natężeniu właściwym Krainie Zaczarowania, 17 marca 1950 roku tak dużym, że to, co zaobserwowały podówczas setki ludzi, nazwano Armadą z Farmington. Zresztą samo miasteczko Farmington jest położone tak blisko interesującego nas obszaru, że rozbicie/odzyskanie z 1948 roku dla niepoznaki opisywano jako przypadek Farmington (unikano w ten sposób zniechęcającego szyldu Aztec).

Jeśli zresztą o odzyskaniu mowa, jednym ze sposobów odbierania wiarygodności opowieści o nim było podkreślanie trudności terenu, który musiałby pokonać wojskowy sprzęt, by odzyskać spodek – okazało się to całkiem możliwe, co udowodniono eksperymentalnie. Istnieje zresztą dająca do myślenia relacja zespołu do zadań specjalnych lotnictwa USA, które zajmowało się swoistą rekultywacją terenu po rozbiciach różnych wstydliwych tajemnic w Nowym Meksyku z czasów zdarzeń z Roswell i Aztec. Przede wszystkim chodziło o osławione rakiety V2. Pobożni farmerzy na pewno nie powinni się martwić tym, że na ich kochane rancza przypadkiem może spaść duma Werhnera von Brauna, testowana na nowomeksykańskim poligonie White Sands. Ale V2 spadały i trzeba było po nich sprzątać jak po każdej nowej, tajnej technologii. Zresztą, jak stwierdził z przekonaniem jeden ze „sprzątaczy”: „Nowy Meksyk roił się wtedy od Sowietów. Zostali oni wysłani też na naszą mesę, by po sprzątaniu przywrócić jej wygląd jakby nigdy nic tam nie zaszło”. Ludzie są tylko ludźmi, zatem zawsze napotykali jeszcze jakieś części i odłamki przegapione przez wcześniejsze ekipy. Katastrofa w Aztec to był jedyny przypadek, gdy nie znaleźli nic.

Jakby oddając hołd przekornej ludzkiej naturze, im bardziej się starano, by Aztec zniknęło, tym bardziej umacniała się wiara w to, że może coś tam jednak było. Często na wyrost. Tak było w przypadku raportu FBI, od nazwiska jego autora powszechnie znanego jako Memo Hottela, w którym katastrofa UFO w Aztec jest wybita oficjalną maszynową czcionką i potwierdzona regulaminowym uwierzytelnieniem. Jednak autentyczne dokumenty nie zawsze opisują autentyczne fakty, a gąszcz ufologicznych, agencyjnych papierzysk jest niemniej przytłaczająco skomplikowany i wieloznaczny od przesłania multiwymiarowych przybyszy spoza naszej czasoprzestrzeni.


Aztec wciąż kusi

Zapominany i odgrzebywany, kuszący i odrzucający, mamiący swą sławą i straszący swym potencjałem ośmieszenia jak żaden inny jest studium tabuizacji. Będący de facto archetypem scenariusza crash/retrivals, często bywa uznawany za jeden z odprysków przypadku Roswell, który w trzeciej dekadzie XXI wieku zdaje się tylko zyskiwać na wiarygodności, skutecznie otrząsnąwszy się z banialuków lat 90-tych poprzedniego wieku. Aztec wciąż czai się w półcieniu, tym samym – wbrew pozorom – uzyskując elitarny posmak. Podczas gdy tajemnica Roswell spowszechniała, on wciąż zachowuje obietnicę najwyższej nagrody za przełamanie najwyższego i zbudowanego z najbardziej różnorodnych materiałów muru zaprzeczenia, jaki zafundowano jakiemukolwiek innemu, podobnemu przypadkowi.

Leave a Comment

Przewiń do góry