Do Emilcina i z powrotem – część V. Dopełnienie teoretyczno-praktyczne Czytelnika

Niniejszy tekst jest odpowiedzią Czytelnika na rozważania o „zemście hipnotycznej” (Witolda Wawrzonka na Zbigniewie Blani, w myśl zasady „kto hipnozą wojuje od hipnozy ginie”) z III części Powrotu do Emilcina.

Bardzo dziękuje za to fascynujące poszerzenie wiedzy odnośnie osnutej tajemniczością sztuki, która niemniej boryka się z furą stereotypów niż ufologia.

 

Mając pewne doświadczenie w materii, chciałbym podzielić się swoją wiedzą na temat hipnozy i jej mechanizmów działania, aby wyjaśnić pewne nieścisłości w niniejszym artykule, a przede wszystkim w książce Rdułtowskiego.

Zacznijmy od tego, co w zasadzie daje mi prawo do wypowiadania się na ten temat? Czy jestem zawodowym hipnotyzerem? Nie. Natomiast przez pewien czas w ramach mojej pracy zawodowej pracowałem z najsłynniejszym polskim hipnotyzerem, którego reklamował tu nie będę. Było to już dość dawno, bo przeszło 19 lat temu. Natomiast miało miejsce jeszcze w czasach, kiedy hipnoza nie była rozpropagowana ani w Internecie, gdyż ten ostatni był w powijakach, ani też w przaśnych programach telewizyjnych typu Big Brother czy Bar (kto takie ramoty jeszcze pamięta?).

Byłem fotografem, zaś moja praca polegała z grubsza na dokumentowaniu eventów z udziałem rzeczonego. W czasie tych seansów odchodziły „sztuki magiczne”. Ludzie mdleli dotknięci palcem do czoła, wpadali w transy. Ale na gruncie racjonalnym dało się to wszystko wyjaśnić. Natomiast dla postronnych wyglądało to jak czary. Ponieważ obracałem się w tych kręgach przez kilka miesięcy, mniej więcej od stycznia do czerwca, to z czasem miałem okazję sam być kilkakrotnie wprowadzony w trans przez mistrza. Później udzielił mi on kilku lekcji, następnie dał mi jakąś książkę, z kolei potem ja kupiłem kilka następnych i tak wszedłem w temat, w międzyczasie ćwicząc hipnozę na najbliższych i aktualnie poderwanych dziewczynach. Z biegiem czasu doszedłem do dość dużej wprawy w autohipnozie (wprowadzaniu siebie samego w trans), wywoływaniu świadomych snów oraz doświadczeń OBE (Out Body Experience – wrażenie bycia poza ciałem). Dziś bardzo rzadko wprowadzam się w trans. Jeżeli już to chyba tylko kiedy w czasie kilkugodzinnego lotu samolotem trzeba zapaść w błyskawiczny sen, aby nie umrzeć z nudów. Bo wypada tu nadmienić, że autohipnoza świetnie nadaje się do zasypiania na życzenie i jest w tym celu bardzo przydatna.

 

Czym jest hipnoza? Hipnoza to nic innego jak stan pomiędzy snem a jawą, jaki przeżywa każdy z nas nieomal codziennie, leżąc w łóżku i zasypiając. Gdy już czuje, że zaraz odleci, że nadchodzi sen, ale jest jeszcze jednocześnie świadomy. To stan głębokiej relaksacji, zawieszenia w próżni dokładnie takiego, jak gdy zasypiamy. Jest to płytki trans, związany z przesunięciem aktywności fal mózgowych w obszar alfa – uspokojenie, rozmarzenie. Krótko mówiąc: zwolnienie częstotliwości pracy mózgu. Z kolei głęboki trans hipnotyczny bardzo przypomina świadomy sen, czyli taki, w którym wiemy, że śnimy, ale wciąż przebywamy w innym, wyśnionym świecie. Wtedy czujemy, że jesteśmy w innym miejscu, możemy czuć, że latamy, że jesteśmy młodsi albo w ogóle jesteśmy kimś innym. Głęboki trans potrafi być bardzo przyjemny.

Osoby zawodowo umiejące wprowadzać w stan hipnozy dzielą się z grubsza na dwie grupy. Pierwsza to zawodowi hipnotyzerzy, uzdrowiciele, hipnotyzerzy estradowi czy też psychotronicy, będący otwarci na sprawy OBE, UFO, duchów i poprzednich wcieleń. Potrafią oni wprowadzić niektóre osoby w bardzo głęboki trans. W tym stanie mogą oni wprowadzać pewne sugestie w podświadomość hinotyzowanego (np. jesteś osobą niepalącą, słodycze są odpychające, jesteś pewny siebie). Dzięki temu hipnotyzerzy ci mogą pomóc w wyjściu z nałogów, ale też spora ich grupa – jeśli nie wszyscy – wierzą, że można za pomocą tej metody powracać do dawnych, zapomnianych przeżyć, a nawet cofać się do poprzedniego wcielenia czy leczyć obciążenia karmiczne.

Druga grupa uprawiających hipnozę to profesjonalni psycholodzy i psychoterapeuci. W artykule padło stwierdzenie, że do celów psychoterapeutycznych głęboki trans nie jest potrzebny – i jest to równie prawda, co nieprawda – wynikająca z konieczności. W rzeczywistości zawodowi psycholodzy w większości nie umieją wprowadzać w głęboki trans. Operują oni tzw. metodą Ericksonowską, czyli specyficznymi metaforami po wprowadzeniu pacjenta w płytki trans, aby w ten sposób dotrzeć do jego podświadomości i wsadzić tam pewne proste przesłania. Osobiście znam psychologa, który po skończeniu wszystkich możliwych płatnych kursów hipnozy terapeutycznej nie wie na ten temat absolutnie nic i nie jest w stanie nikogo zahipnotyzować, łącznie z sobą samym. Między innymi dlatego, a także z racji przynależności akademickiej, psycholodzy i psychoterapeuci zwykle są sceptycznie nastawieni do spraw paranormalnych, gdyż zwyczajnie nie operują na tym polu.

Wróćmy do hipnozy. Sama hipnoza jest uznaną metodą naukową, a nie żadnymi czarami. Oficjalna nauka uznaje i potwierdza, że pod wpływem zamierzonego działania człowieka – zwanego potocznie hipnotyzowaniem – można tak zrelaksować i uspokoić drugiego człowieka, że zacznie on majaczyć i odsłoni swoją podświadomość. Będzie miał wrażenie, że jest w innym świecie, a wreszcie – pozostawiony sam sobie – uśnie sobie smacznie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo taki sam efekt można uzyskać farmakologicznie, podając komuś narkotyki, albo nawet siłowo, gdy się dobrze człowieka walnie w pałką w łeb. Natomiast nauka bardzo sceptycznie odnosi się do prawdziwości oświadczeń otrzymanych od hipnotyzowanego w czasie transu. I tu jest największy rozłam w ocenie materii przez hipnotyzerów UFO-fanatyków a frakcję akademicką. Ci pierwsi – z moim dawnym chlebodawcą włącznie – wprowadzając ludzi w głębokie transy, słyszą w zasadzie od każdego o UFO i życiu po śmierci, podczas gdy ci drudzy wkładają te opowieści między bajki, snute przez rozespany i fantazjujący w letargu mózg.

Za: www.nautilus.org_.plartykuly3990emilcin-bardzo-wazna-deklaracja-tadeusza-baranowskiego-w-sprawie.html.

Po tym przydługim wstępie przejdźmy w końcu do przedmiotu sprawy emilcińskiej. Czy to w ogóle możliwe, by pierwszą lepszą osobę z brzegu zahipnotyzować i wsadzić jej do głowy wspomnienia o zielonych ludzikach w czarnych kombinezonach wyskakujących z lewitującego w powietrzu UFO wyglądającego niczym blaszany kubeł na śmieci? Otóż z mojej perspektywy, biorąc pod uwagę wszystko, co na ten temat wiem i co o sobie opowiedziałem, mogę z całą pewnością powiedzieć, że nie. W takim razie zadajmy sobie pytanie, dlaczego?

Zacznijmy od tego, że nie można zahipnotyzować pierwszej lepszej osoby. Nie można zahipnotyzować każdego. Podatność na wejście w głęboki trans wykazuje mniej więcej co czwarta-piąta osoba. Skąd pewność że w tych 20-25% procentach był Wolski? Wprawdzie zdecydowanie łatwiej wchodzą w trans ludzie spokojnego usposobienia, łagodni, mający – jak to się mówi – „mało kłopotów na głowie”, a do takich z pewnością należał podlubelski rolnik. Z drugiej strony głębokie transy są zwykle domeną ludzi wykształconych, inteligentnych. Jest wręcz naukowo wykazana zbieżność w podatności na wchodzenie w głęboki trans a inteligencją hipnotyzowanego. Za Wolskim jest wobec tego tyle samo pro, co kontra.

No dobrze, więc skoro tak, to jak to się dzieje, że na scenie hipnotyzer wybiera sobie dowolną osobę z publiczności, po czym po kilku jego słowach osoba ta pada uśpiona i zwiotczała niczym szmaciana lalka? Otóż nie. Nie dowolną. Na tym polega cały trick. W pierwszej części show hipnotyzer wprowadza w trans całą publiczność. Wtedy bacznie obserwuje (albo obserwują jego pomocnicy chodzący po sali), kogo trans załapał, a kto jest na niego odporny. Widać to po rozluźnieniu sylwetki, opadającej dłoni, czasami można dostrzec katalepsję oczną. Następnie, po skończeniu tego transu relaksacyjnego dla wszystkich, zawodowy hipnotyzer widzi już, gdzie na sali znajdują się „pewne konie”. To właśnie ich wyławia i zaprasza na scenę, po czym po kilku sekundach kładzie pokotem. W przypadku, gdyby taką osobą okazał się Wolski, to faktycznie można by było w jego podświadomości zaindukować to i owo.

No ale pod warunkiem, że takim zawodowcem był Wawrzonek. Umiejętności hipnotyzera scenicznego w stosunku do umiejętności psychologa parającego się tą materią bądź zwykłego amatora – a przecież tylko takim jestem ja – zwykle porównuje się jak umiejętności chirurga mózgowego do umiejętności sprzedawcy w sklepie mięsnym, który nożem odkrawa kawałek kaszanki. I to między innymi dlatego akademicy tak bardzo scenicznych hipnotyzerów nie lubią. Nawet nie tyle z powodu zazdrości o warsztat, co z przekonania, że hipnotyzerzy sceniczni zwyczajnie marnują swój talent, a taki niewątpliwie muszą posiadać.

Podejrzany! Lech Emfazy Stefański. Za: bialczynski.pl

Kolejna kwestia, o której wielu nie wie, a o której trzeba powiedzieć: nikogo nie da się zahipnotyzować wbrew woli! Jeżeli ktokolwiek pójdzie na seans hipnotyczny do nawet najlepszego hipnotyzera na świecie, ale z przekonaniem, że „ja się nie dam”, to nie ma takiej możliwości, żeby wprowadzić go w trans. Hipnotyzowany musi chcieć, musi być otwartym na doznanie, musi być ciekawy hipnozy. Nie może się hipnozy bać. Poza tym musi jeszcze wykonywać te minimum poleceń operatora (policz od 20 do 0, rozluźnij mięśnie twarzy itd.). Jeżeli ktoś tego nie robi, to w trans nie wejdzie. To również po tym kto z publiczności i jak słucha jego poleceń hipnotyzer sceniczny wybiera sobie „ofiary” do dalszej części programu.

I wreszcie sprawa trzecia. Załóżmy, że był sobie ten nieodkryty diament polskiej hipnozy Wawrzonek, który nauczył się jej, nie wiedząc skąd i ćwiczył nie wiadomo na kim – no bo żadnych informacji ani tym bardziej dowodów na ten temat nie mamy. Załóżmy, że ten diament trafił na wybitnie podatnego Wolskiego, wprowadził go w głęboki trans i nawtykał mu o ufoludkach. I co, przebudzony Wolski będzie opowiadał, że widział UFO? Nigdy w życiu! Czemu? Bo tak nie działa hipnoza.

Wielokrotnie widziałem, jak hipnotyzer wprowadzał osoby w głęboki trans. Mówił na przykład „jesteś foką”, po czym rzucał delikwetnowi piłkę. A ten nieszczęsny, ze szkilstym wzrokiem próbował ją kulać nosem po całej sali ku uciesze i zdziwieniu pozostałych widzów. W tym czasie inny zahipnotyzowany człowiek szedł między rzędami krzeseł i wiosłował rękami, bo myślał, że płynie w morzu. „Płyń do najbliższej boi i zawracaj!” wołał do niego operator, po czym facet dopływał do drzwi i zakręcał z powrotem. Ktoś inny leżał na podłodze, bo miał wmówione, że się opala na plaży. I tak mógłbym wymieniać długo. Ale wszystkie te osoby po przebudzeniu doskonale wiedziały, że to się nie działo naprawdę. Odczucia człowieka po wyjściu z głębokiego transu są bardzo podobne do tych, jakie mamy po przebudzeniu się z głębokiego snu. Wiemy, że śniliśmy. Wstajemy rano i mówimy: „śniło mi się, że byłem w górach”, a nie: „dzisiejszej nocy byłem w górach”. Tak samo jest z osobą po hipnozie. Po wybudzeniu z transu powie ona coś w rodzaju: „Czułem się zupełnie, jakbym był foką”, „Miałem wrażenie, że płynę w morzu”, „Śniła mi się piękna plaża”. W najgorszym razie usłyszymy: „Usnąłem i nic nie pamiętam”. Natomiast zdecydowanie nikt nie mówi rzeczy w stylu: „Ktoś zamienił mnie na pół godziny w fokę”, „Jakaś nieznana siła wyciągnęła mnie z sali i wrzuciła do morza, żebym pływał”, „Przeniosło mnie na plażę”. Osoba hipnotyzowana cały czas doskonale wie, co się z nią dzieje. Więcej: nie da się (lub jest bardzo trudno) wsadzić sugestię co do zrobienia rzeczy, której dana osoba nie akceptuje. Wmówić komuś na scenie, żeby pływał albo odbijał głową piłkę – to jest bezpieczne. Ale kazać się komuś rozebrać do naga – nooo, to już by mogło nie przejść. Podświadomość może tę myśl odrzucić, a taka osoba mogłaby się zaraz wybudzić. Podobnie jak kazać komuś bluźnić albo zaatakować fizycznie innych. Lecz niestety kino i telewizja wciąż krzewią tego typu mity, przez co świat jest pełen filmów o morderstwach popełnionych w hipnozie.

Natomiast istnieje pewna furtka – i to jest właśnie domena profesjonalistów operujących właściwymi metaforami – że da się w pewien sposób wpuścić hipnotyzowanego w pole. Jeżeli powiemy „rozbierz się do naga”, to to oczywiście nie zadziała. Natomiast jeżeli skonstruujemy metaforę w stylu „jest bardzo gorąco na tej plaży, pocisz się, a przecież jesteś ubrany po zimowemu”, to wtedy faktycznie taka osoba może zacząć się rozbierać. Tak samo jak można dać komuś do zjedzenia karmę dla psów, wmawiając że to jego ulubione danie. Patrząc przez ten pryzmat, istnieje pewna bardzo mała możliwość, że wprowadzonemu w głęboki trans Wolskiemu zaindukowano następującą sugestię: „Kiedy następnym razem będziesz jechał wozem przez las zobaczysz dwóch małych ludzików. Będą przyjaźni. Potem ich pojazd w powietrzu. Będziesz bezpieczny. Teraz o tym zapomnisz”. I to by miało jakiś bardzo, bardzo minimalny sens.

Zauważmy, że nie trzeba się bawić w żadne hipnozy na łące, które zresztą były by wysoce nieskuteczne. Do hipnozy potrzeba przytłumionego światła, spokoju, czasami spokojnej muzyki. Łąka to złe miejsce do tych spraw. Ale można kogoś zahipnotyzować w domu, w spokojnym miejscu i wmówić mu, że przypomni sobie o tym wydarzeniu za jakiś czas, np. jadąc przez łąkę. Zwróćmy również uwagę na to, że nie trzeba podawać żadnych szczegółów z tego wydarzenia. Tutaj mózg dośpiewa sobie wszystko sam. Ważne jest jedynie, żeby zapewnić hipnotyzowanego o bezpieczeństwie tego zdarzenia. Podświadomość w hipnozie odrzuca negatywne przesłania, dlatego trudno by było (bez farmakologii) wsadzić komuś historyjkę typu: „Porwali cię na statek i wkłuwali igły w brzuch, co bolało jak cholera, a to jeszcze nie wszystko, bo na koniec zgwałciła cię jakaś jaszczurka.”. Natomiast można by deliktnie zasugerować kontakt i zostawić jak największe pole do interpretacji przez hipnotyzowanego. „Zobaczysz ludziki, zobaczysz pojazd”. W świetle tego historia z Wolskim i hipnozą nabiera jako taki sens, aczkolwiek do wiarygodnej jej daleko. Wolski, mając zaindukowany jedynie zarys kontaktu, dorysowuje w swej podświadomości resztę. Resztę bardzo prymitywną zresztą, taką na miarę swoich możliwości. Ludziki zielone, przypominają żaby, w strojach nurków, jak pojazd to nie żadne UFO, ale autobus, bo tylko takie mogą do ich wsi zajechać. W środku pusty, ma ławeczki tylko. A że wisi na niebie… Ów mechanizm również tłumaczy sprawę Wawrzonka i wmówienia mu kontaktu z UFO na wyspie Wolin. Wystarczyło, że w czasie pobytu na wyspie Wawrzonek miał jakiś zły sen, koszmary albo zwyczajnie przysnął sobie w cieniu na pół godziny. No i był chętny na współpracę z hipnotyzerem, chciał wejść w trans. Chciał poznać odpowiedź na pytanie, czy już spotkał kiedykolwiek UFO. Teraz hipnotyzer odpowiednio zadaje mu pytania: „Czy spotkałeś już kiedyś UFO?”, „Kiedy to było?”, „Opowiedz, co się stało, gdy zasnąłeś”, „Co było dalej?”, a puszczony samopas umysł sam zmyśli resztę.

 

 

No ale jeżeli cała sprawa emilcińska byłaby właśnie spiskiem Stefańskiego, Wawrzonka i Blani? Wawrzonek zaprosiłby któregoś razu Wolskiego na herbatę do domu i tam zapoznał z oczekującym już ofiary Stefańskim. Ten wsadził by mu sugestię o tym, co go spotka w najbliższych dniach na łące, kazał zapomnieć o sprawie, po czym po paru dniach ta poruszająca się na furmance bomba z opóźnionym zapłonem by wybuchła? To już brzmi o wiele lepiej. Jednak wciąż jest o wiele mniej prawdopodobne niż przebieranka nurków z Formozy i użycie autobusopodobnego śmigłowca Mi2, by zrobić pierwszego lepszego wieśniaka (i jego konia) w konia, sprawdzając przy tym podatność społeczeństwa na sugestie. No i tak samo brak tu jakichkolwiek dowodów.

W zasadzie każdy z gości znanego mi hipnotyzera, o którym mówiłem na początku, opowiadał po wprowadzeniu w głęboki trans o kontaktach z UFO. Odpowiednio cofnięci w czasie wszyscy zgodnie mówili też o tym, kim byli w poprzednim wcieleniu. Czy te opowieści są prawdziwe? Osobiście wątpię. Sam nie ufam swoim hipnotycznym doznaniom. Jednak prawdy nie poznamy nigdy. Tak samo jak w przypadku teatru emilcińskiego, na którego scenie już dawno pogasły światła. Dopóki żyli aktorzy tego przedstawienia, istniała jakaś szansa poznania racjonalnych wyjaśnień. Obecnie, gdy Wolski, Wawrzonek, Stefański i Blania popijają w zaświatach wódkę i zagryzają soplem z ufoludkami, cała sprawa to już tylko mniej niż spekulacje.

Trudno nie przyznać, że spekulatywny scenariusz hipnotyczny przedstawiony w niniejszej rozprawie jest o wiele bardziej prawdopodobny i osadzony w praktycznej wiedzy od pomysłu Bartosza Rdułtowskiego. I poddany znacznie dokładniejszemu procesowi weryfikacji. 

 

Bardzo dziękuję za ten bezcenny Głos w dyskusji!

 

 

Za 2 tygodnie zapraszam na rozważania na temat agend obcych, czyli czegóż u licha mogą oni chcieć?

Leave a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewiń do góry